Książkowe podsumowanie 2025

Poprzedni rok okazał się całkiem „klimatyczny”. To znaczy, nie powiem żebym przeczytał wiele książek (po pełną listę zapraszam na BookWyrma), ale procentowo spora część dotyczy ekologii i klimatu. Spora w tym zasługa barcelońskiego Climate Action Book Club, z którego potem wydzielił się Climate Fiction Book Club. Przy okazji okazało się, że ich podejście do climate fiction jest zupełnie inne od mojego, więc udało mi się wyjść poza fantastyczną bańkę literacką.

Poniżej co nieco o przeczytanych pozycjach (pomijam Dzieci jednej pajęczycy Olgi Niziołek, oraz dwa opowiadania cli-fi Grega Egana ze Sleep and the Soul o których już pisałem)

Góra pod morzem Raya Naylera to przede wszystkim opowieść o Pierwszym Kontakcie, z tym że „obcymi” jest w tym wypadku gatunek ośmiornic tworzący społeczność, żeby nie rzec cywilizację (w przeciwieństwie do prawdziwych ośmiornic, inteligentnych ale prowadzących samotniczy tryb życia). Trudno przy okazji uniknąć tematu dewastacji oceanów, zwłaszcza że jednym z bohaterów jest człowiek zmuszony do niewolniczej pracy na rybackim statku sterowanym przez sztuczną inteligencję, ścigającym niedobitki populacji ryb. Dobra rzecz, ale niestety ostatecznie zawartość Pierwszego Kontaktu w Pierwszym Kontakcie okazuje się dość niewielka, więc jeśli chodzi o ten wątek można poczuć pewien zawód. Żeby nie było że nie ostrzegałem.

Ćwirowidło Damiana Kowala, czyli polskie cli-fi napisane jeszcze przed Wściekiem. Nie dowiedziałbym się o nim, gdyby nie poinformował mnie o nim sam autor. A warto. Wrocław na niepodległym Śląsku w czasach katastrofy klimatycznej. Miasto oficjalnie bawi się w kwazi-solarpunkową utopię, ale to tylko pozory, bo rządzą jak zwykle deweloperzy (i ktoś jeszcze, ale tego nie zdradzę). Historia opowiedziana jest z perspektywy bohatera, który ledwo wiąże koniec z końcem, ale jakoś tam udaje mu się realizować swoją pasję – nagrywanie ptaków (podobno widziano we Wrocławiu wróbla, a przecież wyginęły). Przez pierwsze pół książki akcja toczy się powoli, to takie trochę „slice of life”, potem przyspiesza, gdy bohater okazuje się być przypadkiem uwikłany w pewien spisek. Tę pierwszą część czytało mi się przyjemniej, ale może to przez tematykę, może wolę czytać o nagrywaniu ptaków i inbach w ptasiarskich grupkach na socialach, niż o deweloperskich machinacjach.

Zadziwienie Richarda Powersa to takie trochę Kwiaty dla Algernona, tylko o inteligencji emocjonalnej (książka wprost do Kwiatów nawiązuje). Robin, dziecko o cechach autystycznych (choć jednoznaczna diagnoza nigdy nie pada), wychowywany przez samotnego ojca-naukowca (od symulowania środowiska na obcych planetach), zostaje poddany eksperymentalnej terapii nową wersją neurofeedbacku (jak powiedziała moja psycholożka „taką, która działa”). Dzięki temu może uczyć się wywoływania konkretnych stanów emocjonalnych na podstawie obrazów mózgu zmarłej matki. Tak więc główny wątek niekoniecznie jest jakoś powiązany z klimatem, ale cała historia zanurzona jest w odniesieniach do przyrody i ekologii (wspomnienia o matce, aktywistce na rzecz praw zwierząt; zatroskanie Robina o los biosfery oraz fascynacja nastoletnią aktywistką Gretą Ingą; wycieczki z ojcem). Bonusowe punkty za umieszczenie w książce wydanej w 2021 prezydenta, który lubi obcinać fundusze nauce, a nie lubi imigrantów.

A Children’s Bible Lydii Millet – nieco alegoryczna historia o grupce dzieci bogatych rodziców pozostawionej samym sobie podczas huraganu (który potem przeradza się w pełnoprawną apokalipsę). Na początku trochę problemów sprawia antypatyczność głównych bohaterów, ale potem już jakoś idzie (może dlatego że w porównaniu do innych postaci nie wydają się tacy najgorsi). Nie jest to złe, jakoś tam zapadły mi w pamięć niektóre wątki czy sceny, ale mam wrażenie, że czytałem w tym roku lepsze rzeczy.

Weather Jenny Offill – całkowicie realistyczna powieść (w sensie, bez wybiegania w przyszłość) o bibliotekarce, która dostaje opcję dorobienia sobie na boku jako osoba odpowiadająca na maile od słuchaczy pewnego podcastu. A że podcast dotyczy tematów apokaliptycznych, nie jest to najlepsze dla zdrowia psychicznego. Polecam głównie ze względu na poczucie humoru narratorki / głównej bohaterki.

Przypowieść o siewcy Octavii E. Butler to klasyk, którego przedstawiać chyba nie trzeba. Na polecenie mogę dodać tylko, że to chyba najlepsze przedstawienie „powolnej” apokalipsy z jakim się spotkałem. W sensie – świat nie wali się nagle, tylko powoli chyli ku upadkowi. Do tego nie z jednego powodu, a przez wiele nakładających się zjawisk, z których zmiany klimatu są tylko jednym i to chyba nawet nie najważniejszym. Akcja dzieje się częściowo w 2025, co zachęca do porównań z rzeczywistym światem, aczkolwiek nie mogę powiedzieć, że autorka dokładnie przewidziała rozwój wypadków. Owszem, w książce jest źle i w rzeczywistości też jest źle (choć nie aż tak), ale np. w powieści znaczną rolę w ogólnej zapaści społecznej odgrywają narkotyki, co chyba nie dzieje się w rzeczywistości na taką skalę. Poza tym, mamy raczej do czynienia z wycofaniem się państwa niż próbą budowy autorytaryzmu, z policją raczej pozostawiającą ludzi samym sobie niż strzelającą do nich. Za to w drugiej części jest podobnoż prezydent który chce „make America great again”.

The Living Sea of Waking Dreams Richarda Flanagana. Tutaj oszukuję, bo zacząłem w grudniu 2025, a skończyłem pod koniec stycznia 2026, z przerwą na odświeżenie Lodu Dukaja na WSFy. To chyba najdziwniejsza książka w zestawie. Motywem przewodnim jest zaprzeczanie rzeczywistości, sportretowane na kilku poziomach. Z jednej strony mamy rodzeństwo „opiekujące się” umierającą matką – cudzysłów, bo jest to raczej próba zaprzeczenia istnieniu śmierci, utrzymania matki przy życiu za wszelką cenę wbrew jej woli. Z drugiej – efekty zmian klimatu, ciągłe pożary buszu w Australii (akcja dzieje się w Australii i Tasmanii). Z trzeciej – i to jest ten dziwny, surrealistyczny element – ludziom zaczynają znikać poszczególne części ciała, czego otoczenie nie potrafi lub nie chce dostrzec. Na pewno doceniam tę książkę jako po prostu powieść (chociażby po prostu opis starości, śmierci i wszystkiego co się z nimi wiąże). Na pewno te znikające części ciała są dobrą metaforą. Na pewno mogę się chwilę pozastanawiać nad ogólnoludzką tendencją do zaprzeczania, istniejącą nawet wtedy kiedy nie wzmacniają jej konkretne media działające w imieniu konkretnych grup interesu. Ale czy dzięki powieści lepiej rozumiem, skąd owa tendencja się tak naprawdę sie bierze? Nie wiem.

Do tego dochodzi kilka non-fiction:

The Great Derangement Amitava Ghosha, czyli rozważania pisarza m.in. o tym, dlaczego współczesna literatura tak rzadko wspomina (czy przynajmniej wspominała w momencie publikacji) o zmianach klimatu. Cytowałem go na swoich prelekcjach o climate fiction, więc musiałem wreszcie przeczytać. Aczkolwiek, jak musę ze wstydem przyznać, pod koniec roku nie pamiętam już za wiele z wywodów Ghosha (czytałem w marcu), to znaczy, zapamiętałem z tej książki mniej niż z Góry pod morzem (czytanej zaraz przed) czy Ćwirowidła (czytanego zaraz po).

A Bigger Picture Vanessy Nakate, czyli młoda aktywistka klimatyczna z Ugandy opowiada o swojej drodze i swoich działaniach, a także o uciszaniu afrykańskich głosów w światowej infosferze. Symbolicznym momentem okazuje się zdjęcie z innymi aktywistkami podczas WEF w Davos – a konkretnie fakt, że ostatecznie zdjęcie ukazało się w prasie przycięte w ten sposób, że Nakate na nim nie było.

Less is More Jasona Hickela to klasyk dewzrostu, ale niestety jak to zwykle bywa z dewzrostem spora część poświęcona jest zmianie myślenia o pieniądzu i wzroście gospodarczym, a propozycje jak te idee wprowadzić w życie na poziomie państwa są dość mgliste.

Ostatecznie, mam wrażenie, że, choć na liście znajdują się interesujące pozycje, ilość nie do końca przeszła w jakość. Nie ma tu zachwytów na miarę The Lost Cause Cory'ego Doctorowa czy The Half-Built Garden Ruthanny Emrys. Chyba jednak lepiej mi w fantastycznej bańce. W sprawie klimatu możliwe scenariusze przyszłości interesują mnie bardziej, niż teraźniejszość.