ekofikcje

O fantastyce, ekologii, zmianach klimatu, apokalipsie i utopiach. Piszę też tu: https://www.facebook.com/ekofikcje

fala

O opowiadaniu „Fala” dowiedziałem się z komentarza samej autorki na facebookowym profilu Mistycyzmu Popkulturowego, a konkretnie pod postem nawiązującym do wideoeseju o solarpunku. Dominika Tarczoń określiła je jako „solarpunkowy horror”. Połączenie wydawało się egzotyczne (bardziej egzotyczny mógłby być chyba tylko „solarpunkowy coachingowy poradnik jak zostać milionerem”), nie omieszkałem więc przeczytać.

Opowiadanie jest dostępne za darmo w antologii zwycięskich prac w konkursie JaSkier, organizowanym przez SkierCon. Jeśli przewinęliście prosto do „Fali” i zastanawiacie się, dlaczego słowo „pierogi” oraz kilka innych jest pogrubione: użycie ich było warunkiem w konkursie.

Tekst Tarczoń jest krótki, ale warty uwagi. Wątek nadnaturalny może i nie nastraszył, skutecznie wprowadził do fabuły element niepokoju. Wydaje mi się, że taka mieszanka gatunkowa to dobra strategia, jeśli chcemy napisać solarpunk, w którym utopia została już osiągnięta, ale z drugiej strony boimy się, że w takim świecie nie uda nam się stworzyć ciekawej fabuły. Więcej, solarpunk w wersji sielsko-kocykowej to chyba (nie znam się na horrorach) dobry punkt wyjścia dla opowieści grozy – bo można tę sielskość z rzeczoną grozą skontrastować. Muszę przyznać, że z takim rozwiązaniem nie spotkałem się w żadnym z dotychczas czytanych solarpunkowych tekstów. Mamy więc polski wkład do rozwoju tego gatunku (może w przyszłości powstanie „polska szkoła solarpunka”?).

Ze względu na długość opowiadania nie ma tu dużo światotwórstwa, ale podobają mi się pomysły takie jak np. program adopcji sierot-uchodźców klimatycznych. Albo zasygnalizowany dosłownie w jednym zdaniu fakt, że „założeniem miasta był jak największy komfort mieszkańców, w obliczu fali chorób psychicznych wśród pokolenia seniorów” – mamy więc starzenie się społeczeństwa (które Andrew Dana Hudson wymienia w tekście „On the Political Dimensions of Solarpunk” jako jeden z trendów które trzeba wziąć pod uwagę przy wyobrażaniu sobie solarpunkowej przyszłości), ale także choroby psychiczne wzmacniane czy wprost wywoływane przez zmiany klimatu (bo częstsze katastrofy oznaczają częstsze PTSD i inne negatywne skutki dla psychiki).

Tylko trochę nie załapałem – skoro Janek jest ofiarą tsunami (a więc katastrofy niezwiązanej z klimatem), to dlaczego trafia do programu dla uchodźców klimatycznych? Chociaż z drugiej strony, dlaczego, „nieklimatyczni” mieliby nie otrzymać pomocy? Zwłaszcza że czynniki „klimatyczne” i „nieklimatyczne” niekoniecznie da się oddzielić. Dany obszar mógł zostać najpierw zniszczony przez zmiany klimatu, ludzie mogli zostać wpędzeni w biedę przez suszę i rosnące ceny żywności, a tsunami mogło tylko dokończyć dzieła zniszczenia – ci, którzy przeżyli, nie mieli żadnych środków na odbudowę domów lub osiedlenie się gdzie indziej. Z trzeciej strony, podnoszenie się poziomu morza oznacza nie tylko powolne, jednostajne znikanie lądu, ale też wyższe wezbrania sztormowe. Z tsunami mechanizm jest podobny, więc w pewnym sensie JEST ono związane z klimatem.

Jak na krótki tekst, z „Fali” można więc całkiem dużo „wyciągnąć”. Oby więcej takich.

Mistycyzm Popkulturowy opublikował niedawno swój ponadgodzinny wideoesej Problemy ze słonecznym optymizmem | Solarpunk. Jak sama nazwa wskazuje, nieco krytyczny, choć była to krytyka bardzo przyjazna i konstruktywna. Misty’emu podoba się idea solarpunka, natomiast trochę gorzej z jej realizacją – wypunktowuje więc niedociągnięcia solarpunkowych tekstów kultury w nadziei na to, że dzięki konstruktywnej krytyce ich poziom artystyczny się podniesie. Zgadzam się z zasadniczą większością tych uwag, także krytycznych. A tam, gdzie się nie zgadzam, zgadzam się z postem Pawła Ngei, który jest odpowiedzią na wideoesej. Zachęcam więc do zajrzenia w pierwszej kolejności do materiału źródłowego, potem do postu Pawła – a tutaj postaram się co najwyżej przytoczyć więcej kontrprzykładów dla dwóch stwierdzeń MistyPopa:

  • solarpunk przedstawia wyłącznie końcowy rezultat pozytywnych przemian społecznych, a więc „nudną utopię”
  • w solarpunkowych światach nie ma konfliktu, a autorom trudno jest znaleźć alternatywny sposób na „wciągnięcie” czytelnika

Na wstępie zaznaczę, że Mistycyzm jak najbardziej ma rację, że jak na ruch, który istnieje od 14 lat (licząc od posta Republic of the Bees), solarpunk jak na razie okazał się niezbyt płodny artystycznie i wytworzył niewiele dobrej literatury (czy innych dzieł kultury). Zgadzam się również z tym, że istnieje dość spory rozdźwięk między teorią (czyli manifestami i innymi tekstami o tym czym solarpunk chce być), a praktyką, czyli tym, czym solarpunkowa literatura i sztuka jest w rzeczywistości. Dotyczy to zarówno ilości („there is more written about solarpunk than the solarpunk fiction istelf” – Sarena Ulibarri), jak i treści – pewne motywy częściej pojawiają się w manifestach niż w twórczości. Ale to nie znaczy, że nie pojawiają się w niej w ogóle.

Ad. 1 – Droga do utopii

Manifesty solarpunkowe mówią wprost, że chodzi nie tylko o wyobrażenie sobie stanu końcowego, ale też wyznaczenie drogi do niego „Solarpunk skupia się na znalezieniu sposobów, by uczynić życie lepszym już teraz, dla nas samych – i co jeszcze ważniejsze – dla przyszłych pokoleń.” – pisze Adam Flynn. „Solarpunk może być bardzo utopijny, tylko trochę optymistyczny, może zajmować się codziennymi problemami napotkanymi na drodze do lepszego świata, ale nigdy nie będzie dystopijny.” – czytamy z kolei w Manifeście Solarpunka (wyszczególnienie moje). A jak z literaturą – bo na tym rodzaju twórczości chcę się tu skupić?

W pierwszej części Glass and Gardens (w drugiej w zasadzie też) faktycznie trochę z tym słabo. Z Solarpunk Summers przychodzi mi do głowy w zasadzie jeden tekst: A Midsummer Night's Heist autorstwa Tales from the EV Studio i Commando Jugendstil, którego akcja w zasadzie mogłaby dziać się dzisiaj.

Na szczęście na tej jednej-dwóch antologii solarpunk się nie kończy. I tak na przykład opowiadanie Le Carre Rouge Claudie Arsenault z e-zina Solarpunk Press, może nie jest wybitne, ale opisuje walkę między buntownikami a establishmentem od samego początku aż do zwycięstwa. W Listopadzie bez Snów Joanny Krystyny Radosz z antologii Tęczowe i fantastyczne (który prywatnie uznaję za solarpunk, ale nie wiem czy autorka się ze mną zgadza), udało się uratować świat od katastrofy klimatycznej, ale to nie znaczy że nie mamy już do czynienia z nierównościami i dyskryminacją. We wspomnianej przez Pawła powieści Walkaway Cory'ego Doctorowa widzimy utopijne społeczności powstające na rubieżach dystopii spod znaku kapitalizmu inwigilacji, powoli zyskujące zwolenników (i wrogów). Z kolei The Ministry for the Future K.S. Robinsona opisuje trwającą kilkadziesiąt lat historię tego jak ludzkość poradziła sobie z katastrofą klimatyczną. Akcja powieści rozpoczyna się w 2025. Po drodze do szczęśliwego końca mamy katastrofy naturalne (w tym falę upałów w Indiach zabijającą kilka milionów ludzi), globalną politykę, rewolucje, zamachy i zabójstwa, ekoterroryzm i migracje klimatyczne. Nie jest to może gotowa recepta na uratowanie świata (Robinson mimo wszystko przyjmuje mocno optymistyczne założenia), tym niemniej to powieść opisująca ścieżkę z punktu A do punktu B. Nie wiem, na ile Robinson i Doctorow identyfikują się z solarpunkiem, ale na pewno wyznają bardzo podobne ideały.

Nie wydaje mi się jednak (choć to subiektywne wrażenie), że takich tekstów jest jakoś strasznie dużo. Szczególnie, brakuje mi czegoś co a) opierałoby się na istniejącej lub jedynie odrobinę podrasowanej technologii (wydaje mi się, że ta z Walkaway jest jednak zbyt odległa, ale nie znam się na drukarkach 3d) b) dotyczyło oddolnych działań małej społeczności, na przykład jakiegoś hackerspace’a czy grupy lokalnych rolników (więc „The Ministry for the Future”, z ONZ i światową polityką, odpada), i c) opowiadało o faktycznym stosowaniu technologii żeby poprawić poziom życia i ograniczyć ślad węglowy (A Midsummer Night’s Heist opisuje protest – oczywiście protesty są ważne, dołącz do Rebelii i w ogóle, ale solarpunkowa technologia nie powinna się ograniczać do ładnych dekoracji na protesty). Glider Ink od Pawła miał spełniać właśnie te założenia, ale jest w trakcie powstawania.

Ad. 2: Konflikty i tym podobne

Tu sytuacja jest podobna. W manifeście Adama Flynna pada zdanie „Solarpunk nawiązuje do do ideału chłopa Jeffersona, swadeshi Gandhiego, jego marszu solnego i innych tradycji nowatorskiego nieposłuszeństwa.” Nie ma sensu odwoływać się do obywatelskiego nieposłuszeństwa, jeśli nie mamy jakiegoś konfliktu z władzami.

A w literaturze: we wszystkich z wymienionych w poprzednim punkcie pozycji mamy jakąś formę konfliktu. W Walkaway osią fabuły jest wyścig między anarchistycznymi hakerami a korporacjami o to kto pierwszy opracuje technologię uploadu umysłu do komputera. Dodatkowo, powieść opisuje także spory (nie tylko intelektualne) między grupami wyznającymi różne wizje utopii. Zaś samo podejście społeczności „walkaways” do ich rozwiązywania jest nieco inne niż nasze (czy może bezpieczniej powiedzieć „moje”, bo być może u anarchistów to już tak wygląda).

W Ministry for the Future, jak już wspomniałem, konfliktów jest dużo, zarówno krwawych, jak i dyplomatycznych. Ponadto, jeden z głównych bohaterów ma PTSD jako jeden z nielicznych ocalałych z tragicznej fali upałów. Scena w której jego perspektywa zderza się z perspektywą drugiej głównej bohaterki – polityczki ONZ, która działa dla klimatu, ale we względnie komfortowych, bezpiecznych warunkach – zostaje w pamięci na długo, bo trudno powiedzieć, że któreś z nich „ma rację” albo wskazać „rozwiązanie”.

Inny przykład: antologia Weight of Light wręcz miała na celu wyobrażenie sobie problemów (w tym napięć społecznych) jakie może generować rozwój energetyki słonecznej. To dość „utylitarna” antologia i ośmielę się powiedzieć, że wartości literackie były w jej wypadku drugorzędne, ale wciąż, ciekawy eksperyment.

Poza tym, optymizm solarpunka jest pewnym ekstremum. Autorzy mogą go potraktować jak końcówkę skali, a samemu zatrzymać się w pół drogi. Trochę w tym duchu utrzymana jest antologia Ecopunk! Speculative Tales of Radical Futures, gdzie mamy zarówno „czysty” solarpunk, jak i pesymistyczne ostrzeżenia przed greenwashingiem (a nawet historię alternatywną z Hitlerem). Podobnie wygląda zbiór Solarpunk: Ecological and Fantastical Stories in a Sustainable World, gdzie utopijne są dosłownie dwa opowiadania (w tym jedna historia alternatywna z Hitlerem) – być może dlatego, że to pierwszy solarpunk wprost nazwany solarpunkiem, więc gatunek ten nie był jeszcze w pełni ukształtowany. Ba, sam popełniłem opowiadanie, które jest w połowie solarpunkowe, a w połowie doomerskie (nie będę się jakoś szczególnie opierał że jest dobre, ale istnieje). Być może w takim „pół-solarpunku” łatwiej stworzyć interesującą fabułę.

A co jeśli nie konflikt o wysoką stawkę? Cóż, może po prostu konflikt o niską stawkę. Albo historia obyczajowa. Tylko że to trzeba umieć napisać. Podobnie jak MistyPopa, solarpunkowe obyczajówki średnio mnie poruszają – ale też nie jest to „mój” rodzaj literatury. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na Holly Schofield, której teksty (przynajmniej te z obu części Glass and Gardens), przynajmniej według mnie, są całkiem udane pod tym względem. A przy okazji, nie są to historie, które równie dobrze można by przekleić w dowolną inną scenografię – starają się powiedzieć coś na temat działania społeczności w „lepszym świecie” i zasad, jakimi się kierują, co wymaga solarpunkowego settingu.

Jest jeszcze inna „bezkonfliktowa” opcja – katastrofy naturalne. Coś, czego za sprawą kryzysu klimatycznego doświadczamy już teraz, więc będziemy doświadczać także w przyszłości. Nawet jeśli nastąpi solarpunkowa rewolucja. Tą drogą idzie część opowiadań z „zimowej” części Glass and Gardens. Jeśli dobrze wykorzystać ten trop, to oprócz oczywistego przekazu „kryzys klimatyczny zabija” będzie też miejsce na inne refleksje. Po mistrzowsku wykorzystała ten motyw Le Guin pokazując jak mieszkańcy Anarres reagują na suszę i głód. A u Robinsona jeden z epizodycznych bohaterów, widząc, jak ludzie organizują się podczas niedoborów wody, stwierdza że „istnieje coś takiego jak społeczeństwo”.

Czasami jednak – trzeba to przyznać – w tworzeniu dobrego opowiadania przeszkadza wspomniana przez Mistycyzm „kocykowość”. Nie mówię przy tym, że jest ona sama w sobie czymś złym. Czasem człowiek ma dość czytania o apokalipsie, dystopii, problemach i traumach. Ale trzeba jej użyć w sposób spójny z ogólnym konceptem tekstu. W Glass and Gardens: Solarpunk Summers jest na przykład opowiadanie o świecie, w którym ludzie zostali nanotechnologicznie zmodyfikowani w taki sposób, że nie mogą ukrywać uczuć – uwidaczniają się one jako kolorowe wzory na skórze. Można było wyciągnąć z tego pomysłu wiele nietrywialnych konsekwencji, jednak autorka poszła w stronę „kocykową”, dzięki czemu przez większość tekstu towarzyszymy głównej postaci w (niezbyt interesujących) próbach znalezienia „swojego koloru”, a dopiero pod koniec okazuje się, czym grozi jego brak.

Swoją drogą słabo idzie solarpunkowym autorom przyciąganie uwagi czytelnika językiem albo kompozycją (o ile jestem w stanie to ocenić, bo być może przy czytaniu w oryginale omijają mnie niuanse). No, chyba że Transfigurium Olgi Tokarczuk podciągnąć pod solarpunk (jest oparte na tym samym pomyśle co jedno z opowiadań z Ecopunka!). Ewentualnie, The Ministry for the Future jest odrobinę eksperymentalne formalnie (trochę przypomina Wszystkich na Zanzibarze Brunnera), ale to tyle. Ale poza tym, szału nie ma.

Tak jak Mistycyzm, chciałbym, żeby kreatywnego, ciekawego, bogatego językowo solarpunka na wysokim poziomie artystycznym było więcej. Niestety, na swojego Gibsona solarpunk chyba musi jeszcze poczekać, i ciężko przewidywać, czy w ogóle się doczeka.

Zdaję sobie sprawę, że wypisując powyższe przykłady wychodzę na nerda, który upiera się, że ten serial absolutnie trzeba obejrzeć, bo ma genialny siedemnasty sezon, ale żeby go zrozumieć trzeba najpierw obejrzeć poprzednie 16, które są nudne. Albo że fabuła tego komiksu tak naprawdę trzyma się kupy, tylko żeby wiedzieć o co chodzi trzeba przeczytać dwadzieścia innych, wydawanych na przestrzeni ostatnich 60 lat, każdy należący do innej serii, a jeden dostępny tylko na eBayu w cenie jednej nerki. Jeśli jakiś motyw pojawia się na tyle rzadko, że robiąc research o solarpunku można w ogóle na niego nie trafić, to sugeruje, że ten gatunek faktycznie ma problem (albo że research był słaby). Zastrzeżenia Mistycyzmu wskazują koleiny, w które solarpunk chyba rzeczywiście często wpada. Tym tekstem chciałem tylko pokazać, że „często” nie oznacza „zawsze”. Zresztą, mogę wypowiadać się tylko na podstawie tego, co przeczytałem. Cały czas ukazują się nowe solarpunkowe antologie. Z każdą kolejną autorzy zyskują więcej doświadczenia, a kolektywne imaginarium się rozbudowuje. Być może więc te nowsze są zwyczajnie lepsze (sam dostrzegam pewien postęp między dwoma częściami Glass and Gardens).

Żeby nie było, nie wszystkie podane przeze mnie przykłady są dobre literacko, tym niemniej Walkaway i Ministry for the Future polecam.

Na koniec chciałbym zachęcić wszystkich piszących do tworzenia solarpunka przełamującego schematy i realizującego idee zawarte w manifestach. Jest okazja, bo Nowa Fantastyka i festiwal „Bomba Megabitowa” ogłosiły niedawno solarpunkowy konkurs literacki. Chociaż zdaję sobie sprawę, że to cholernie trudne.

P.S. Suplement do tekstu Pawła jeśli chodzi o polskiego solarpunka: istnieje antologia „Utopia XXI wieku”, powstała po konkursie literackim „Projekt Utopia”. Z jakiegoś powodu tak zrobili swoją stronę internetową, że na głównej stronie https://projektutopia.pl/ nie ma ŻADNEGO linku do antologii, tym niemniej można ją kupić pod adresem https://sklep.projektutopia.pl/. Na temat jej jakości literackiej wypowiem się jak przeczytam. W dodatku post MistyPopa skomentowała Dominika Tarczoń, która twierdzi, że napisała solarpunkowy horror. Jeszcze się nie zapoznałem, ale tu można go przeczytać

P.S. #2 – „kocykowość” to właśnie to słowo, którego mi brakowało, kiedy pisałem recenzję Glass and Gardens: Solarpunk Summers.

cover

W przypadku zespołów muzycznych często mówi się o „syndromie drugiej płyty”, czyli problemach z dorównaniem debiutowi. W przypadku antologii mających ambicję (współ)stworzyć nowy gatunek fantastyki spodziewam się jednak czegoś odwrotnego – te późniejsze będą dojrzalsze, ciekawsze, głębsze, bo każda kolejna książka powiększa pulę inspiracji dla przyszłych autorów. Nie dziwi mnie więc, że z dylogii Glass and Gardens część pierwsza, zwana Solarpunk Summers spodobała mi się mniej niż druga, czyli Solarpunk Winters (którą zreszta czytałem najpierw – niestety fejsbuk zeżarł mi notatkę z recenzją, kiedyś będę musiał wrzucić ją na tego bloga).

Jeśli wpadnie mi do głowy, żeby niniejszy tekst podlinkować na jakichś fejsbukowych grupach, wskutek czego trafią tu osoby, które nie mają pojęcia o co chodzi z tym solarpunkiem – odsyłam do swojej dawnej notki na ten temat, albo do niedawnego posta na blogu dziewiętnaście czwartych. Ale w skrócie: chodzi o to, żeby użyć fantastyki do poszukiwania dróg wyjścia z kryzysu klimatyczno-ekolgicznego. Czy może trochę szerzej: solarpunk to alternatywa dla popularnych w ostatnich latach dystopii, próba wyobrażenia sobie „lepszego świata” (może totalnej utopii, może po prostu trochę lepszego niż dzisiejszy, a może zupełnie nieprzyjaznego – ale z bohaterami, którzy wciąż próbują wprowadzić jakieś pozytywne zmiany choćby w najbliższym otoczeniu). Przy czym „lepszość” jest określona raczej przez wrażliwość lewicową (na tapecie jest przede wszystkim wspomniany klimat i ekologia, ale także nierówności ekonomiczne, prawa osób LGBT czy ludności rdzennej, anarchizm itd.).

Jak to wyszło w pierwszej części Glass and Gardens? Cóż, żadna z „letnich” wizji nie okazała się tak ciekawa, jak arktyczny festiwal z części „zimowej” (autorem tamtego opowiadania był Andrew Dana Hudson, którego niestety w tej części brak). Nie znaczy jednak, że w zbiorze nie ma wartych uwagi opowiadań. Nie zawiodła Holly Schofield – twórczyni innego z moich ulubionych tekstów z Solarpunk Winters. W The Call of the Wold znów (to może nienajlepsze słowo, biorąc pod uwagę chronologię) skupia się przede wszystkim na ludziach, nie na technologii. Bohaterka – ponad siedemdziesięcioletnia aktywistka – mając dość pracy w fundacji swojego brata, rzuciła ją i wyjechała w Bieszczady do Kolumbii Brytyjskiej, w rejony, gdzie telefony tracą zasięg. Podróżuje, zatrzymując się w rolniczych komunach – i w zamian za wikt i opierunek musi za każdym razem zrobić coś dla gospodarzy, na przykład rozsądzić spór o kurę. Opowiadanie jest napisane z humorem, ma sympatyczną bohaterkę, nie brakuje również poważniejszych refleksji (na przykład jeśli chodzi o miejsce introwertyków w świecie odmieniającym „społeczność” przez wszystkie przypadki, czy o tym że dobra konstrukcja społeczeństwa musi brać pod uwagę liczbę Dunbara; sama bohaterka to natomiast żywy przykład wypalenia aktywistycznego).

Zapamiętałem też Under the Northern Lights Charlotte M. Ray, o wyprawie sterowcem do banku nasion na Svalbardzie (o nim trochę więcej później). Jeśli chodzi o A Field of Sapphires and Sunshine Jaymee Goh, zapomniałem, o co chodziło w głównym wątku, utkwił mi za to w pamięci obraz miliarderów, którzy, kiedy tylko światowy porządek zaczął się sypać, pochowali się w bunkrach. Teraz, w już odbudowanym świecie, są one regularnie odkrywane, wraz z trupami wewnątrz (same schrony to materiał badawczy dla archeologów, natomiast ze zwłokami nie ma za bardzo co zrobić, więc karmi się nimi hodowlane krokodyle). Po Cable Town Delivery M. Lopes da Silvy została mi w głowie bibliotekarka-badass, podróżująca od osady do osady w kroczącym pojeździe (który w razie potrzeby potrafi też latać), oraz wizja wciąż zasiedlonych ruin miasta, gdzie transport pomiędzy pozostałościami po drapaczach chmur odbywa się za pomocą lin (dobra, pewnie nie ma to większego sensu, autorka stawia raczej na widowiskowość niż prawdopodobieństwo). Jest też Midsummer Night’s Heist Commando Jugendstil i Tales from the EV Studio*, o tym jak grupa artystów-hakerów-buntowników próbuje przeszkodzić w organizacji nacjonalistycznego wiecu. Ich plan sytuuje na pograniczu obywatelskiego nieposłuszeństwa, sztuki i technologii, bo chodzi o to, żeby, na placu, na którym rano ma się odbyć wydarzenie, w nocy postawić artystyczną instalację zasilaną energią słoneczną. Podoba mi się taka forma protestu: nie jest wyłącznie symboliczna (chodzi o to, żeby faktycznie zablokować wiec), ale jest dziełem sztuki (spoiler: na tyle udanym artystycznie, że mieszkańcy chcą, żeby już tam zostało).

A skoro już mówimy o polityce… warto wspomnieć, że teksty różnią się poziomem jej zawartości. Solarpunk zawsze będzie polityczny, bo dotyka kwestii organizacji społeczeństwa (nie da się tego przeskoczyć pisząc o radzeniu sobie ze zmianami klimatu, chyba że wybierzemy mało prawdopodobną opcję w której cudowny wynalazek załatwia sprawę). Ale możemy mieć albo taki A Midsummer Night’s Heist, gdzie chodzi o przeciwstawienie się wyznawcom konkretnej ideologii (i jest to głównym tematem), albo Women of the White Water Helen Kenwrigtht, w którym nie tylko nikt nie rozmawia o polityce, ale też nie wiadomo w zasadzie nic o tym, czy w tytułowej dolinie White Water występuje jakakolwiek władza, jak podejmuje się decyzje, rozdziela obowiązki, wymienia dobra itd.

Podobnie, różny bywa poziom antykapitalizmu. Niby Solarpunk Is Not About Pretty Aesthetics. It's About the End of Capitalism, ale w The Spider and the Stars D. K. Mok akcja toczy się wokół wystawy/konkursu dla „innowatorów, wizjonerów, wynalazców, przedsiębiorców i aktywistów” – gdzie ci, którzy mają pomysły, mogą spotkać się z tymi, którzy mogą je sfinansować. Jakaś forma kapitalizmu więc istnieje. Nawet w pozornie radykalnym Fields of Sapphires and Sunshine (to to ze zwłokami milionerów rzucanymi krokodylom), pewne rzeczy (jak latanie samolotem) stały się moralnie nieakceptowalne, jednak ludzie wciąż mają swoje przedsiębiorstwa i biznesy. Oczywiście, to, że autor umieszcza daną rzecz/zjawisko w stworzonym przez siebie świecie nie oznacza jeszcze, że mu się ona podoba. Poza tym, kapitalizm kapitalizmowi nierówny, i jeśli liczycie na korwinistyczny solarpunk, w którym zamknięcie ZUSu spowoduje rozkwit ekologicznej przedsiębiorczości i zatrzymanie zmian klimatu, to możecie się zawieść. Tym niemniej, przed otwarciem książki nie trzeba okazać karty lewaka (może więc niektóre opowiadania z Solarpunk Summers mogą stanowić „gateway drug” do Prawdziwie Lewackiej Literatury – najpierw czytacie sobie Women of White Water, a potem chcecie więcej i sięgacie po Wydziedziczonych Le Guin czy Walkaway Doctorowa i już sączy się wam do głów indoktrynacja [laughs in Reptilian]).

Wspomniałem, że wrócę do Under the Northern Lights, bo powód, dla którego jedna z bohaterek wybiera się na Svalbard, jest dość niespodziewany. Nie chodzi bynajmniej o nasiona kluczowe dla przetrwania, o nie. Chodzi o ciasto truskawkowe.

Dosłownie. Wspomniana bohaterka chciała zrobić swojej przyjaciółce na urodziny ciasto truskawkowe, ale w jej stronach truskawki są jakieś wodniste i bez smaku. Rozwiązanie? Pod kierunkiem kieszonkowej SI przerobić kampera na sterowiec i wybrać się do Svalbard Global Seed Vault, gdzie – przynajmniej taką ma nadzieję – przechowywane są nasiona tych prawdziwych, smacznych truskawek. Nie powiem, jeśli ludzie mają takie problemy, to bez wątpienia jest to świat duuużo lepszy od naszego.

Zastanawiając się nad tym tekstem, wymyśliłem sobie rozróżnienie na utopię i sielankę. Przy czym, nie mam tu na myśli „prawdziwych”, literaturoznawczych definicji, ale własne, stworzone na potrzeby tego wpisu. Utopia polegałaby tu na próbach dokładnego opisania, jak działa idealne społeczeństwo (załóżmy dla uproszczenia, że czytelnik i autor wyznają te same wartości, więc nie ma problemu z definicją „ideału”). Natomiast sielanka/idylla oznaczałaby, że problemy, z jakimi mierzą się bohaterowie (czy szerzej, mieszkańcy opisanego świata), są, z naszego punktu widzenia, błahe (załóżmy dla uproszczenia, że mamy jasną definicję „poważnych problemów”). Osie, na których oznaczalibyśmy „stopień utopijności” i „stopień sielankowości” są z grubsza niezależne. Możemy mieć niesielankową utopię (jakby nie patrzeć, samo uratowanie świata przed zmianami klimatu to cholernie trudne zadanie), jak i nieutopijną sielankę (wszyscy są szczęśliwi, ale nie mamy ani grama informacji o tym jak ten stan został osiągnięty).

Solarpunk jako ruch nie ma na celu wyłącznie tworzenie dobrej literatury. Jego ambicją jest zmienić świat (jakkolwiek wzniośle to brzmi). Rola utopii w tym procesie jest dość jasna: jeśli chcielibyśmy zupełnie przeprojektować społeczeństwo, to zanim zaczniemy eksperymentować z naszymi nowymi rozwiązaniami na żywych ludziach, może warto zacząć od przetestowania ich w wyobraźni. Ale po co nam w takim razie sielanki?

No cóż, być może zanim jeszcze zabierzemy się za wymyślanie utopii, potrzebujemy zadać sobie pytanie**: czego tak właściwie chcemy? Co jest naszym ideałem? Do tego sielanka nadaje się w sam raz. A kiedy już mamy taką wizję (np. chcielibyśmy świata, w którym nikt nie musi pracować), możemy się zastanowić, czy jest ona w ogóle możliwa do spełnienia (np. czy jest logicznie spójna i zgodna z prawami fizyki), a jeśli tak, to jak ją osiągnąć. Jakich potrzebujemy technologii i zmian w społeczeństwie (np.: co musi zostać zautomatyzowane? Do kogo powinny należeć maszyny? Jak powinno się nimi zarządzać?)?. Jakie skutki uboczne może to wywołać (np. do automatyzacji potrzebne są surowce i energia, co może mieć negatywne skutki dla środowiska)?

Z drugiej strony, nawet jeśli zdecydujemy się nie rozwijać sielanki w utopię, czysty eskapizm też czasami się przydaje, bo, patrząc na dzisiejszą rzeczywistość, zdecydowanie jest od czego uciekać.

Z trzeciej strony, jakoś utarło się w naszym języku, że „prawdziwe życie” jest wtedy, kiedy się dużo cierpi (a najlepiej jeśli jest nas jedenastu i mieszkamy w jeziorze). Ale może warto postawić to na głowie: prawdziwe życie jest właśnie wtedy, kiedy największym problemem jest ciasto truskawkowe. Nie praca, nie przetrwanie, nie wypełnianie PITa, nie aktywizm klimatyczny (o ile przyjemniej by było, gdyby nie wisiało nad nami widm globalnego kryzysu...). Ciasto truskawkowe. Albo obraz, który zamierzam namalować. Albo jakieś niezbadane dotąd zagadnienie z mechaniki kwantowej. Albo przyjaźń. Tak byśmy chcieli żyć. Tak żylibyśmy, gdyby nie… no właśnie? Obecny poziom rozwoju technologii? System polityczno-ekonomiczny? Konkretne decyzje konkretnych ludzi?

Może warto czasem stać się „roszczeniowym gówniarzem”? W zestawieniu z sielankowymi wizjami, dzisiejszy świat wydaje się jeszcze gorszym miejscem. Jeśli mamy gdzieś z tyłu głowy koncepcję W Pełni Zautomatyzowanego Luksusowego Komunizmu, przesuwanie tabelek w Excelu przez osiem godzin dziennie trudno nam już nazwać „samorealizacją”, a wybór między marną pracą a bezrobociem „wolnością”. Taki kontrast może zachęcić czytelnika do podjęcia jakichś, choćby drobnych, działań zmierzających do „zmiany systemu” (jak na przykład zaangażowanie się w jakąś formę aktywizmu).

Pozostaje jednak kwestia: czy sielanka może się w ogóle udać literacko? Czy jej fabuła może być wciągająca? To pytanie można postawić wręcz na poziomie metafizycznym: czy dobro samo w sobie musi być nudne? Czy staje się ciekawe jedynie wtedy, kiedy wchodzi w konflikt ze złem? Albo inaczej: czy raj jest możliwy? Może nawet chrzanić fizykę, w końcu w zaświatach mogą obowiązywać inne prawa przyrody – ale czy raj jest możliwy logicznie? W końcu, jeśli życie w nim miałoby być nudne, to trudno nazwać go miejscem wiecznego szczęścia.

Sprawdźmy empirycznie – czy sielanki z Solarpunk Summers są wciągające? Under the Northern Lights uważam za tekst całkiem udany. Aczkolwiek można uznać, że nie jest to jeszcze najwyższy stopień idylliczności, skoro fabułę napędza wyprawa na Svalbard, mimo wszystko dość niebezpieczna – już w pierwszej scenie sterowiec musi lądować awaryjnie na środku jeziora. No dobra, jest jeszcze wątek miłosny, który poszedł w pełną sielankowość, bo przed bohaterami nie staje dosłownie żadna trudność – ale imho sam w sobie nie byłby w stanie uciągnąć tego opowiadania.

Innym tekstem trącącym sielanką było Camping with a City Boy Jerri Jerreat – mnie akurat wydało się mało zajmujące, ale podobało się dziewiętnastu czwartym (tak to się odmienia?). Pewnie kwestia gustu – może po prostu nie ruszają mnie w tej chwili perypetie uczuciowe nastolatków.

Kolejną propozycję, Women of White Water, sielanką wydała mi się z początku – pewnie dlatego, że znów mamy tu perypetie uczuciowe nastolatków (łączę się w bólu z główną bohaterką). Ale to po prostu obyczajówka, oczywiście w fantastycznym settingu – próba samobójcza nie kojarzy się raczej z idyllą. Co jednak nie zmienia faktu, że opowiadanie mi nie podeszło (może dlatego, że prawie cała dramaturgia została skoncentrowana w ostatniej scenie).

Nie jest sielanką także Watch out, Red Crusher Shel Graves, choć również początkowo sprawia takie wrażenie. Akcja opowiadania dzieje się w świecie, w którym ludzie żyją w symbiozie z nanorobotami, pozwalającymi im czerpać energię bezpośrednio ze światła słonecznego. Efektem ubocznym jest to, że nie da się ukryć swoich uczuć – skóra przybiera kolory zależne od aktualnego nastroju. Niestety, fabuła kręci się wokół młodego bohatera szukającego swojego „prawdziwego koloru”. Przez prawie całe opowiadanie wydaje się to kwestią dość abstrakcyjną, czymś, czym trudno mi było się przejąć, w stylu szukania odpowiednich truskawek na ciasto. Pod koniec okazuje się, że niekoniecznie, konkluzja jest dość ponura, raczej pokazująca jak NIE dążyć do utopii. Tym niemniej uważam, że autorka wymyśliła setting ze sporym potencjałem (wymuszenie szczerości może mieć interesujące konsekwencje, patrz Betazoidzi ze „Star Treka”), a następnie ten potencjał koncertowo zmarnowała.

Ciekawym przypadkiem jest też Riot of Wind and Sun Jennifer Lee Rossman. Opowiadanie dzieje się w miejscu niezbyt sielankowym (w jakiejś zapomnianej przez kartografów osadzie, ukrytej przed slońcem w opuszczonej kopalni, pośrodku pustkowia w nękanej zmianami klimatu Australii). Motorem napędowym fabuły są wysiłki mieszkańców, żeby umieścić wioskę na mapach. Co oczywiście miałoby różnorakie pozytywne skutki dla jej mieszkańców, ale głównej bohaterce zależy przede wszystkim na tym, żeby pewien zespół przyjechał tam i zagrał koncert – i tą motywacją jakoś trudno mi było się przejąć.

Ostatecznie, za idyllę można by też z początku uznać The Call of the Wold – spór o kurę z początku nie wydaje się zbyt poważny. Ale w dalszej części opowiadania na pierwszy plan wysuwają się kwestie fundamentalne dla przetrwania komuny – znów, raczej ciężko mówić o beztrosce.

Jeśli miałbym te przykłady jakoś podsumować, to chyba tak, że stworzenie interesującej sielanki nie jest może niemożliwe (fakt, że Under the Northern Lights było całkiem udane, sugeruje że da się***), ale na pewno jest trudne. Więcej: zakładając różowe okulary, autor może schrzanić dobrze zapowiadające się opwiadanie, jeśli ów optymizm nie pasuje do wyjściowej koncepcji (aczkolwiek może ulegam tu pewnemu złudzeniu: jeśli tekst jest nieciekawy, z miejsca uznaję że trudności stojące przed bohaterami „to nie są poważne problemy” i klasyfikuję go jako idyllę).

Być może zresztą trudności te wynikają z ograniczeń samej formy opowiadania/powieści SF. Możliwe, że jeśli chcemy opisać życie naprawdę szczęśliwe, musimy zwrócić się ku prozie bardziej awangardowej. Albo nawet ku poezji. W sumie, The Heavenly Dreams of Mechanical Trees Wendy Nikel było troszkę poetyckie. Guglając hasło „solarpunk poetry” znalazłem m.in. nabór do jakiejś solarpunkowej antologii, gdzie przyjmują i prozę, i poezję, więc może coś jest na rzeczy.

Tak czy inaczej, same sielanki świata nie uratują. Ich nadmiar może wręcz szkodzić. Zwłaszcza nadmiar złych sielanek, który może na przykład ugruntować stereotyp, że utopie są nudne, i wywoływać wrażenie, że solarpunkowcy nie traktują zmian klimatu i innych współczesnych problemów poważne. Dobrze więc, że w Solarpunk Summers znalazły się teksty takie jak A Midsummer Night’s Heist, Grow, Give, Repeat czy The Spider and the Stars, w których autorzy nie odchodzą aż tak od naszej rzeczywistości, i zastanawiają się jak zmieniać świat, a nie tylko na jaki. Chciałoby się zobaczyć więcej konkretów… ale to tylko pierwsza część, takie rzeczy można wybaczyć.

Jednakowoż, jak zdążyłem wspomnieć we wstępie, „solarpunkowe lata” wypadają gorzej niż „zimy”. Jeśli to ma być Wasze pierwsze zetknięcie z tym gatunkiem – wybierzcie raczej „winters”. Albo Wydziedziczonych, Walkaway. Tudzież antologię Ecopunk pod redakcją Cat Sparks i Liz Grzyb – ale o niej w następnym odcinku (nie obiecuję, że wkrótce).

*– to jest spółka autorska dwóch kolektywów, wygląda więc na to, że nad tym tekstem pracowała spora grupa osób. Żeby było śmieszniej, grupa buntowników w opowiadaniu nazywa się również Commando Jugendstil, więc wychodzi na to, że piszą o samych sobie w przyszłości.

**– imho solarpunka można tworzyć na dwa sposoby (które oczywiście można ze sobą mieszać w różnych stężeniach): albo wyobrażamy sobie punkt docelowy i zastanawiamy się jak tam dotrzeć, albo bierzemy dzisiejszą rzeczywistość (tudzież przyszłą rzeczywistość pesymistycznie ekstrapolowaną z dzisiejszej), i zastanawiamy się, jakie jej elementy możemy zmienić na lepsze. W tym drugim wariancie sielanka nie jest do niczego potrzebna.

***– Nawet w raju może być miejsce na poszukiwania naukowe, filozoficzne, artystyczne wypływające z czystej potrzeby serca, na współzawodnictwo dla samego sportu, na relacje międzyludzkie, które zawsze będą skomplikowane. Czy nie jest to niewyczerpany zasób interesujących historii? Napisanie czegoś takiego powinno więc być możliwe, aczkolwiek może wymaga naprawdę wyjątkowego kunsztu literackiego.

lafferty

Nie lubię samochodów („Greg Hates Car Culture” by Venetian Snares playing in the background, a zaraz potem w playliście są Radiogłowi z „Killer Cars”). Szczerze mówiąc, nie lubiłem ich już na długo przed tym, jak zainteresowałem się zmianami klimatu. Pewnie dlatego, że nigdy nie nauczyłem się ich dobrze prowadzić (mimo posiadania prawa jazdy). A sama idea podróży, podczas której muszę przez cały czas utrzymywać uwagę na najwyższym poziomie żeby przypadkiem kogoś nie zabić (zamiast np. spokojnie poczytać sobie książkę w autobusie), wydaje mi się absurdalna. Więc, kiedy tylko przeczytałem recenzję (względnie) świeżo wydanego zbioru „najlepszych opowiadań” Lafferty’ego, wziąłem się za czytanie przy najbliższej możliwej okazji. A to dlatego, że recenzja wspominała o tekście „Królowa międzymiastowa”, mającym przedstawiać alternatywną historię Stanów Zjednoczonych, które w kluczowym momencie postawiły na rozwój kolei zamiast transportu samochodowego.

Opowiadania Lafferty’ego (przynajmniej te zebrane w zbiorze) są krótkie i treściwe. Autor wydaje się mistrzem kompresji literatury, pozbywania się nieistotnych fragmentów, aby wyizolować to, co najważniejsze. Efektem nie jest jednak ciężka, gęsta proza jak np. Dukaja (no dobra, Dukaj akurat nie jest mistrzem skracania tekstów, ale chodzi o ilość pomysłów na centymetr kwadratowy strony). Lafferty dokonuje owej kompresji z taką lekkością, że – w połączeniu z jego specyficznym humorem – rezultatem jest nonszalancka, przewrotna, pozornie chaotyczna twórczość utrzymana w absurdalnym klimacie, czasem wkraczająca na terytorium satyry (co nie znaczy, że autor „Królowej międzymiastowej” nie potrafi napisać utworu prawdziwie smutnego – patrz „Podróż w blaszanej puszce”). Zdecydowanie nie jest to hard SF, a ktoś w którymś wstępie (bo każde z „Najlepszych opowiadań” poprzedzone jest wstępem jakiegoś Gaimana czy innego Ellisona) ktoś nazwał je „fantastyką antynaukową”. Nie ma więc co oczekiwać, że dostaniemy realistyczną historię alternatywną.

Tym niemniej, „Królowa międzymiastowa” pozwala zakwestionować oczywistość, jaką wydają się samochody, i ich miejsce w kulturze [1] (i dziś, i 50 lat temu, kiedy opowiadanie było pisane). W momencie, w którym rodził się przemysł motoryzacyjny, jego sukces (przynajmniej w wizji Lafferty’ego) nie był taki pewny. Zapytuję się ciebie, chłopcze, ile krów przewieziesz automobilem? Albo nawet tą tak zwaną lorą ciężarową? – mówi pewien farmer. „Odkręcenie” podjętej wtedy decyzji jest dziś trudne, bo środki transportu i infrastruktura tworzą pętlę sprzężenia zwrotnego. Miasta projektowane są pod samochody, samochody są kupowane, bo inaczej nie da się korzystać z miast (ani do nich dojechać). Dlatego też w alternatywnej wizji Lafferty’ego infrastruktura wygląda zupełnie inaczej – miast w zasadzie nie ma, poza „miastami turystycznymi” z historyczną starówką – zamiast tego mamy bardziej równomiernie zagęszczone „quasiurbia”. Świat wygląda jak postwzrostowa utopia, oparta na lokalności… ale utopią nie jest. To by było za mało przewrotne.

Samochody mają pewną dziwną właściwość: w momencie, kiedy człowiek (nawet taki na codzień spokojny i uprzejmy) coś przestawia się w jego umyśle, i przy pierwszej okazji zaczyna się wściekać i wyzywać innych kierowców. Podobna agresja zdaje się nie występować u pieszych ani pasażerów tramwajów. Podejrzewam, że wyjaśnienie jest całkiem proste – raz, że nie ma opcji, żeby te tysiące czy miliony ludzi siedząc w samochodach utrzymywały przez cały czas najwyższy poziom uwagi i nie popełniały błędów, dwa, możliwe błędy są bardziej konfliktogenne, i trzy, kierowcy nie słyszą się nawzajem, więc czują się bezpieczniej rzucając wyzwiska (nie jest to zresztą zjawisko występujące wyłącznie wśród kierowców – istnieje też wszak „bike rage”). Lafferty zauważa ten efekt, i choć tłumaczy go inaczej, to ten fragment był miodem na moje uszy:

Wyobraź sobie człowieka na koniu (ja większość życia spędziłem na koniu). W zasadzie to dobry człowiek, ale kiedy wsiada na konia, coś się w nim zmienia. Jako jeździec robi się arogancki, choćby był nie wiem jak skromny jako pieszy. Widzę to po sobie, widzę po innych. Koń był niezbędny w swoim czasie, a ten czas się teraz kończy. Człowiek na koniu zawsze był bardzo niebezpieczny. Ale wierz mi: człowiek w automobilu jest tysiąc razy groźniejszy. Najłagodniejsza osoba na świecie nabiera niewiarygodnej arogancji przy prowadzeniu automobilu, a to się jeszcze pogorszy, jeśli pozwolimy automobilom się rozwinąć i nabrać większej mocy. Jedno ci powiem: jeśli jazda automobilami się upowszechni, egoizm ludzkości sięgnie absolutnych szczytów. Ludzkość zbrutalizuje się jak nigdy wcześniej.

Był miodem na moje uszy, przez tą krótką chwilę, zanim dowiedziałem się, jakie konsekwencje Lafferty wyprowadził z tej wypowiedzi. Ale nie spoileruję.

Ale gdyby tak zatrzymać się w połowie drogi, wziąć z wizji Lafferty’ego tylko to, co dobre? I komu by to przeszkadzało?

P.S. A tak poza tym to polecam również pozostałe opowiadania. Macie tu „Nudną, wtorkową noc” na zachętę.

[1] Bo, przyznajmy, spośród wszystkich użytecznych urządzeń z jakiegoś powodu samochód ma w kulturze miejsce szczególne, porównywalne chyba tylko z komputerem/smartfonem. Czy są tu fanatycy zmywarek, lodówek, odkurzaczy i innych zwykłych maszyn i urządzeń codziennego użytku ułatwiających życie którzy z faktu użytkowania takowych czerpią poczucie tożsamości czy to tylko z samochodami tak jest? – pytał ostatnio jakiś random na Twitterze.

Czy raczej: żodne. Dokładnie tyle opowiadań w rzeczonej antologii zajęło się, w jakikolwiek sposób największym wyzwaniem współczesnej cywilizacji (czytaj: zmianami klimatu).

No dobra, przy życzliwej interpretacji jedno — The Buried Giant Laviego Tidhara, które dzieje się po nieokreślonej apokalipsie — są zatopione miasta, ale są i gigantyczne, polujące na ludzi roboty. I które notabene jest dobrym tekstem, łączącym postapo, motyw a la Truman Show oraz konwencję baśni/mitu.

Tak jeszcze z okołoekologicznych tematów, to krytykom obecnego systemu ekonomicznego pewnie spodoba się How to identify an alien shark Beth Goder — krótka i (przynajmniej dla mnie) dość zabawna satyra na ekonomistów. W ziemskich oceanach zalęgły się dosłowne rekiny biznesu, czytaj: rekiny-ekonomiści z kosmosu (wcale nie zmiennokształtne, to tylko teoria spiskowa). I domagają się prywatyzacji oceanów.

A wegetarianom i weganom (ale nie tylko) polecam The Donner Party — alternatywną historię, w której raz do roku angielska arystokracja lubi sobie zjeść „ensouled flesh” — tzn. ludzkie mięsko. Oczywiście jest to zwyczaj uświęcony tradycją i religią. Pojawia się co prawda postać pisarza, który zastanawia się, czy to aby na pewno etyczne — ale to tylko teoretyczne rozważania, bo jakże to, rezygnować z takiego przysmaku. Tekst jest dobrze skonstruowany fabularnie, a puenta robi odpowiednie wrażenie. A tak swoją drogą — co nie było dla mnie oczywiste — tytuł jest aluzją do przypadku kanibalizmu wśród amerykańskich osadników.

I to tyle. Liczyłem na zastrzyk świeżych pomysłów, nowatorskiego podejścia do ekologicznych tematów (btw dopiero pisząc ten tekst zorientowałem się że „2019” w tytule jest dla zmyłki, bo opowiadania są z 2018) — a tu nic. Na tym w zasadzie mógłbym zakończyć.

Ale skoro już przeczytałem, to podzielę się dalszymi wrażeniami. Dobra — mógłbym sobie powiedzieć — kryzys klimatyczny i ekologiczny to, mimo wszystko, nie jedyny problem ludzkości. Czy więc znajdziemy tu rozważania nad sztuczną inteligencją, inwigilacją w dobie data science, sieciami społecznościowymi, konsekwencjami nowych technologii? Ekstrapolację istniejących trendów społecznych?

Prawie w ogóle. Szczerze mówiąc, nie pamiętam z tej antologii żadnej bliskozasięgowej SF (może Dayenu Jamesa Sallisa — ale o czym to w ogóle było?). Co więcej, miałem wrażenie, że przynajmniej jeśli chodzi o SF, nie było tam zbyt wiele nowych pomysłów. Czytałem dwie podobne antologie — The Year's Best Science Fiction: Thirty-Second Annual Collection Dozoisa (tylko SF) i The Best Science Fiction and Fantasy of the Year, Vol. 12 Strahana (SF i fantasy). Ta od Dozoisa oszołomiła mnie bogactwem pomysłów i tematów. Ta od Strahana może nie aż oszołomiła, ale wciąż była solidną dawką różnorodnych, nowatorskich, ciekawych wizji. W porównaniu do nich antologia Hortona wypada słabo. Czy to kwestia redaktora, czy po prostu taki słaby rok?

Przy czym — zaznaczam — chodzi mi o oryginalność i o ekstrapolacyjny wymiar tych tekstów. Bo literacko stoją one na niezłym poziomie. Nie znaczy to też, że są to teksty zupełnie pozbawione ciekawych pomysłów — nie, trochę ich się znajdzie, po prostu po najlepszych opowiadaniach roku oczekiwałem większego ich stężenia. Oraz tego, żeby faktycznie brzmiały jakby napisano je w 2019 (dobra, 2018) — bo niektóre równie dobrze mogłyby powstać dekady temu (patrzę na was, Carouseling Richa Larsona i Umbernight Carolyn Ives Gilman).

Najbardziej zapamiętały mi się (pomijając te już wymienione):

  • A Witch’s Guide To Escape: A Practical Compendium of Portal Fantasies — możecie je przeczytać po polsku w którejś NF. Opowiadanie o tym, że eskapizm czasem jest dobry. I o wiedźmach-bibliotekarkach. Polecam (za coś dostało tą nagrodę Hugo i nominację do Nebuli), ale szczerze mówiąc nie wpłynęło na moje ogólne wrażenie z antologii, bo czytałem je już wcześniej i teraz pominąłem.
  • Bubble and Squeak Davida Gerrolda i Ctein — para kaskaderów filmowych ucieka przed megatsunami mającym zalać Los Angeles. Kojarzyło mi się z Marsjaninem w tym sensie, że tekst wydaje się mocno realistyczny, i że dużo jest w nim rozkminiania tego, jak przetrwać, biorąc pod uwagę fizykę i ludzką biologię.
  • The Starship and the Temple Cat Yoona Ha-Lee — fantasy w kosmosie, występują bitewne okręty pożerające całe układy słoneczne oraz duchy, w tym duch rzeczonego kota.
  • Jump Caldwella Turnbulla — jest taka kategoria tekstów, którą lubię, gdzie element fantastyczny jest drobny i służy do podkreślenia czegoś, najczęściej jakiejś sytuacji emocjonalnej. która równie dobrze mogłaby się zdarzyć bez niego. To jeden z nich. To także jeden z tych opowiadań które mogłyby powstać kilka dekad temu — ale jednak pomysł spodobał mi się na tyle, że warto o nim tu wspomnieć.
  • The Court Magician Sarah Pinkser – bardzo smutny tekst, imho niezłe rozwinięcie koncepcji magii, w której każde zaklęcie ma swoją cenę. Ale ja się nie znam na fantasy, może to już gdzieś było.
  • Intervention Kelly Robson — czyli żłobek w kosmosie. Przy czym “żłobek” jest tutaj instytucją która “produkuje” gotowych, dorosłych obywateli – tzn. zajmuje się całym procesem wychowania, aż do 18. roku życia. Dość interesujący pomysł na strukturę społeczną, która może zastąpić rodzinę, no i, przyznajmy, ile mamy SF, w których na kosmos patrzymy przez pryzmat rodzicielstwa?
  • The Persistence of Blood Juliette Wade — feminizm i walka o prawo do antykoncepcji w settingu cholera-wie-czy-fantasy-czy-sf-na-jakiejś-dziwnej-planecie, gdzie kultura wymaga od kobiet rodzenia tak wielu dzieci jak tylko się da, żeby zatrzymać spadek populacji. Teksty pokazujące ufantastycznioną wersję są oczywiście potrzebne. Ten dostał chyba rykoszetem przy pierwszym wrażeniu (jako że patrzy nie w przyszłość, a w przeszłość/teraźniejszość), ale ostatecznie był całkiem niezły. Tylko trochę przydługawy.
  • The unnecessary parts of the story Adama Troy-Castaro — beka ze Star Treka, pokazująca, że gdyby obcy pasożyt z kosmosu naprawdę chciał być niebezpieczny, zdecydowanie nie trzymałby się filmowo-serialowych konwencji. A może właśnie trzymałby się, wykorzystując je na własną korzyść? Opowiadanie, które w zasadzie równie dobrze można by uznać za felieton, ale czy to źle?
  • Grace’s Family Jamesa Patricka Kelly’ego – świat, w którym sztuczne inteligencje prowadzą program badania kosmosu, ale statki wciąż posiadają niewielkie ludzkie załogi. Podobał mi się motyw, że załogi mogą funkcjonować jako rodziny czy związki — to tylko konstrukty społeczne, które załoga dobiera sobie tak, jak jej pasuje żeby działać jak najefektywniej. Ale tą samą ideę można było opisać krócej.
  • Było jeszcze Firelight Le Guin, opowiadanie o śmierci Geda z „Ziemiomorza”, ale pewnie doceniłbym je bardziej, gdybym przeczytał cały cykl, a nie tylko pierwszą część.

Po wszystkim, przejrzałem sobie spis treści The Best Science Fiction and Fantasy of the Year Vol. 13 pod redakcją Jonathana Strahana. Poza niektórymi tekstami, które pokrywają się ze zbiorem Hortona, mamy na przykład kilka znanych mi już z „Nowej Fantastyki”: GSZeSia (Widdam) Vandany Singh, Golgotę Dave'a Hutchinsona (oba poruszające wątki ekologiczne wprost) czy OK, Glorio Elizabeth Bear (bliskozasięgowe SF o sztucznej inteligencji).

Czyli wychodzi na to, że powinenem po prostu omjać antologie Hortona. Niestety na Scribdzie nie ma za bardzo Strahana. Jest za to Clarke (Neil, nie Arthur C.), zorientowany tylko na SF – spróbujemy, zobaczymy.

...czyli ekologiczne motywy w niedawnych numerach “Nowej Fantastyki”.

Powyższy fragment pochodzi z opowiadania GSZeŚ Vandany Singh z numeru październikowego. Tytułowy GSZeŚ wydaje się na pierwszy rzut oka jakimś metafizycznym bytem, wizją paranoika, która, jak u Dicka, okazuje się prawdziwa. Czymś, co w pewnym nieopublikowanym opowiadaniu nazwałem Lewiatanem albo Molochem, ale przyznajcie że GSZeŚ to bardziej urocza nazwa.

Ale tak naprawdę chodzi o coś bardziej namacalnego. Opowiadanie stawia pytanie: co jeśli sztuczne inteligencje odziedziczą po nas chciwość, nienasycenie i dążenie do nieograniczonego wzrostu? Co jeśli wzmocnią one dewastację przyrody do poziomu niedostępnego ludziom? W końcu już dziedziczą po nas rasizm. Aczkolwiek w GSZeSiu mowa o dziedziczeniu w pełni zamierzonym, wynikającym po prostu z modelu biznesowego.

Wydaje mi się, że o takiej wizji kryzysu ekologicznego nikt dotychczas nie pomyślał (przynajmniej w literaturze, którą znam). Vandanę Singh poznałem dzięki opowiadaniu Entanglement z antologii Hieroglyph: Stories and Visions for Better Future, przedstawiającego ciekawą wizję walki ze zmianami klimatu, a GSZeSiem potwierdza, że potrafi spojrzeć na ten temat z nieoczywistych punktów widzenia.

Z kolei w listopadowym “tęczowym” numerze mieliśmy “Księgarnię na końcu Ameryki” Charlie Jane Anders. Opowiadanie, które ma w tle wojnę o wodę między niepodległą Kalifornią a resztą Stanów Zjednoczonych. Secesja Kaliforni symbolizuje podziały w amerykańskim społeczeństwie – ów niezależny stan jest postępowy, technokratyczny (do tego stopnia, że mieszkańcy mają wszczepy do łączenia się z rządzącym umysłem-rojem), a (pozostała) Ameryka jest raczej konserwatywna. Opowiadanie mimo wszystko ma pozytywne przesłanie, pokazujące siłę literatury (a ściślej – rozmów o literaturze,) w zasypywaniu podziałów. I to nie literatury społecznie zaangażowanej, a raczej tej “eskapistycznej” – bo może to właśnie ona odwołuje się do wspólnego ludzkiego doświadczenia, do tej jego części, która nie została jeszcze włączona w żadną polityczną narrację? Aczkolwiek może to naiwność, wszak “wszystko jest polityczne”, a nawet czysto rozrywkowa literatura przemyca, często nawet bez świadomej decyzji autora, koncepcje, o które można się kłócić z poziomu politycznego.

W obu numerach znalazły się też opowiadania, w których zmiany klimatu są co prawda gdzieś tam wspomniane, ale raczej mimochodem i nie mają większego wpływu na fabułę. Dobrze, że pojawiają się też i takie teksty. Jako rzecze Sarena Ullibari, każde bliskozasięgowe SF które nie uwzględnia zmian klimatu to fantasy. Więc nawet jeśli chcemy eksplorować któryś ze standardowych motywów SF, jak chociażby kontakt z Obcymi czy problem człowieczeństwa sztucznych inteligencji, dla uprawdopodobnienia świata przedstawionego wypada gdzieś tam o klimacie wspomnieć.

Mówię tu o Algorytmie życia Marty Sobieckiej – post-covidowym cyberpunku, w którym pandemia utrzymująca się przez lata prowadzi do trwałych, negatywnych zmian w społeczeństwie, jeśli chodzi np. o bezrobocie i stosunek do osób bezdomnych, a coraz silniejsze tajfuny (rzecz dzieje się w Japonii) oczywiście nie pomagają. Oraz o Naszym celem jest nie umrzeć, którego autorem jest Merc Fenn Wolfmoor. Opowiadanie przedstawia wizję nieco podobną do odcinka “Nosedive” Black Mirror, z tym że sieci społecznościowe zostały przejęte przez konserwatywne dystopijne państwo. Ranking w social mediach mierzy więc de facto nie popularność, a zbieżność z modelem Idealnego Obywatela – Patrioty (do którego nie pasuje oczywiście bycie LGBT, a także dostrzeganie zmian klimatu). A potem wchodzą sztuczne inteligencje prowadzące rewolucję na zasadach NVDA.

Dodam, że oba wspomniane opowiadania z numeru listopadowego pochodzą z antologii “A People's Future of United States”, będącej reakcją na prezydenturę Trumpa, nie dziwi więc, że są mocno polityczne.

A proza z aktualnego numeru NF jeszcze przede mną.

Flaga solarpunka, StarwallOfRadical.town via wikimedia commons

(Flaga solarpunka, StarwallOfRadical.town via wikimedia commons)

Chciałem ostatnio na wewnętrznym forum Extinction Rebellion Polska zacząć wątek na temat fantastyki ekologicznej, klimatycznej oraz solarpunka. Miałem napisać o tych gatunkach kilka zdań, zaczynając od tego ostatniego, ale te kilka zdań rozrosło się na tyle, że uznałem, że jest to materiał na osobną notkę (chcę zresztą kiedyś napisać artykuł na ten temat np. do NF albo Zielonych Wiadomości). Zatem: solarpunk – cóż to za zwierz? To nowy (istniejący nie więcej niż kilkanaście lat), “optymistyczyny” gatunek fantastyki (głównie SF, ale fantasy chyba też ujdzie), zorientowany na kwestie ekologiczne i społeczne. “Optymistyczny” w cudzysłowie, bo opisuje on wizje przyszłości, w których ludzkość robi coś z kryzysem klimatycznym lub jego skutkami – co może oznaczać zarówno ekologiczną utopię, jak i postapo. Ale nawet jeśli pojawia się apokalipsa, to najgorszego udaje się uniknąć. Może udało się nam trochę złagodzić globalne ocieplenie i realizuje się scenariusz trochę-lepszy-niż-najgorszy. Może i w tym ponieśliśmy porażkę, ale wciąż staramy się przetrwać, nie poddając się przy tym najgorszym instynktom jak w Mad Maxie. I niewykluczone, że snujemy przy tym długofalowe plany odbudowy cywilizacji. Uratowanie świata nie uda się bez technologii. Solarpunkowcy/solarpunki nie są anarchoprymitywistami, nie chcą odrzucić cywilizacji jako takiej ani jej wytworów. Nie uważają, że są one z definicji szkodliwe, przeciwnie, starają się znaleźć takie scenariusze przyszłości, w których rozwijają się one w harmonii z przyrodą. W tym kontekście pojawiają się m.in. odnawialne źródła energii (czasem w fikuśnej formie typu parasol, który odzyskuje energię uderzających w niego kropel deszczu) niskoemisyjny transport (sterowce!), oraz biotechnologia (zamiast protestować przeciwko GMO, solarpunkowcy woleliby sami wyhodować bakterie usuwające plamy ropy, czy wręcz przekształcić się w postludzi czepiących energię bezpośrednio z fotosyntezy). Technologia jest ważna, ale sama nie wystarczy. Zdaniem solarpunkowców, nie jest ona “zmienną niezależną cywilizacji” jak chciałby Lem, ale rozwija się w pewnym otoczeniu społecznym, które warunkuje to, które rozwiązania chcemy rozwijać i do czego ich użyć. Problemu zmian klimatu nie rozwiążemy więc, nie dotykając kwestii społecznych. Optymizm solarpunka jest warunkowy: ludzkość ma jeszcze szansę, ale tylko jeśli podejmie odpowiednie działania (według Rebekki Solnit byłaby to więc bardziej “nadzieja” niż “optymizm”). Stąd też “punk” jest tu czymś więcej niż generycznym przyrostkiem jak w sandalpunku, clockpunku, atompunku itd. – to faktyczny bunt, czasem wprost odwołujący się do tradycji obywatelskiego nieposłuszeństwa. Dlatego solarpunk kładzie również nacisk na oddolne organizowanie się, odwołując się do idei lewicowych (ale raczej tych preferujących decentralizację i autonomię niż centralne sterowanie) czy nawet anarchistycznych. Zdaje sobie sprawę, że nawet największy geniusz nie uratuje świata w pojedynkę. Nie skupia się też na charyzmatycznych przywódcach, akcent jest przeniesiony na grupę. W cenie jest współpraca, empatia, przyjaźń. Ale nie oznacza to, że jednostka ma się roztopić w kolektywie. Autorzy solarpunka doceniają kreatywność, za ideał uważają cywilizację zorganizowaną w taki sposób, aby jednostki mogły uwolnić swój twórczy potencjał. Marzą im się wspólnoty egalitarne i inkluzywne, otwarte na różne perspektywy, szczególnie te wykluczone. Chcieliby pisać z perspektywy różnych płci, orientacji seksualnych, religii, uwzględniając głosy ludności rdzennej (co jest szczególnie ważne dla USA i Kanady, gdzie powstała spora część solarpunka), osób niepełnosprawnych czy nieneurotypowych (chociaż tak po prawdzie to eksploracji komponentu religijnego zbyt wiele nie uświadczyłem – nie tylko w odniesieniu do chrześcijaństwa). Nawet jeśli nie powstrzymamy zmian klimatu, to na najbliższe społeczne otoczenie pewnie wciąż będziemy mieli jakiś wpływ. Dlatego solarpunk zawsze w jest jakimś stopniu wyobrażaniem sobie świata, w jakim autorzy chcieliby żyć – nawet w post-apokaliptycznym świecie wspólnotę można zorganizować w sposób lepszy lub gorszy. Płaszczyzna technologiczna przecina się ze społeczną na różne sposoby. Czasem ta pierwsza wpływa na tą drugą: na przykład, pewne rozwiązania, w tym “solar”, faworyzują decentralizację. Ale jest też drugi kierunek. Na przykład: do kogo należy technologia i kto ją rozwija? To może decydować o tym, czy będzie ona miała pozytywny, czy negatywny wpływ na środowisko i społeczeństwo. Jeśli kojarzycie Nakręcaną Dziewczynę Bacigalupiego, to tam problem z uprawami GMO wynikał nie z esencjalnej szkodliwości tego rozwiązania, a z perfidnego modelu biznesowego biotechnologicznych korporacji. Solarpunkowcy woleliby uniknąć takich sytuacji. Chcą, żeby technologia należała do ludzi – co oznacza m.in. renesans rzemieślnictwa oraz prawo do naprawy. Tutaj – świadomie lub nie – blisko im do ruchu hakerskiego i makerskiego. Ale także do wynalazczości w stylu jugaad, frugal innovation czy Appropriate Technology (zresztą wg. Republic of the Bees (link poniżej) solarpunk ma być “wymieszaniem starego z nowym”, więc jest w nim miejsce i dla high-tech i dla low-tech). Adam Flynn w swoim manifeście (link poniżej) pisał o “infrastrukturze jako formie oporu”. “Punk” w solarpunku to nie tylko krzyk sprzeciwu, ale i praca, konstruowanie, tworzenie. A skoro rzemiosło, to urządzenia powinny być i funkcjonalne, i estetyczne. Technologia i sztuka mogą współdziałać. Czemu panele słoneczne nie miałyby być zdobione jak witraże? Solarpunk ma zresztą swoją estetykę, opartą m.in. na organicznych motywach sztuki secesyjnej, czy filmach Hayao Miyazakiego, czerpiącą też z afrofuturyzmu i innych elementów spoza kręgu kulturowego. Osobiście, bardzo mi się podoba solarpunkowe podejście zarówno do technologii, jak i kwestii społecznych. Zastanawiam się jednak, czy mimo wszystko nie kryje się w nim pewna pułapka – zwłaszcza jeśli nasza utopia ma przybrać postać małych, luźno powiązanych, z grubsza samowystarczalnych wspólnot. Rozwiązania techniczne wymagające wielkich projektów wydają się być niekompatybilne z tak rozumianą decentralizacją. Być może dlatego niewiele solarpunkowych tekstów wspomina o energetyce jądrowej (znam dosłownie jeden, i to i tak z pogranicza gatunku; a tak po prawdzie, to o fuzji jądrowej też znam jeden). Aczkolwiek nie wszyscy by się z moją wątpliwością zgodzili. W Walkaway Doctorowa anarchiści są w stanie zbudować akcelerator cząstek, reaktor jądrowy powinien więc być do ogarnięcia. Nie jest zresztą tak, że każde solarpunkowe opowiadanie dzieje się w samowystarczalnej ekowiosce, w której wszyscy porozumiewają się cytatami z Bakunina. Są też takie, które dzieją się w miastach. Znam jedno, które mówi o zjednoczonym światowym rządzie, a także wiele innych, w których kwestia organizacji globalnego porządku nie została w ogóle poruszona. Elementy wspomniane w niniejszym tekście pojawiają się w różnych proporcjach i różnych stężeniach. Niektórzy autorzy eksponują komponent technologiczny, inni społeczny. Jedni odwołują się do konkretnych idei politycznych, inni wolą po prostu pisać o wartości wspólnoty i współpracy. Wreszcie, część opisuje konkretne detale swoich utopii, inni mimochodem dają do zrozumienia, że ludzkość uporała się z pewnymi problemami, ale nie zdradzają, jak. Pisałem do tej pory o literaturze, ale solarpunk nie kończy się na wyobrażaniu sobie lepszego świata. Chodzi o to, żeby te wizje wprowadzać w życie. W tym roku chcieliśmy pojechać z XR na Pyrkon (co nie wyszło z przyczyn oczywistych). Przygotowując koncepcję stoiska, guglałem przykłady solarpunkowych cosplayów. Okazało się że owszem, takowe istnieją, ale są zdecydowanie mniej powszechne niż steampunkowe. Może to kwestia samej popularności gatunku, a może czegoś więcej – natknąłem się na stwierdzenie, że zamiast tworzyć makietę nieistniejącego urządzenia do cosplayu, solarpunkowcy wolą zrobić coś, co naprawdę działa. Co niekoniecznie oznacza, że wkrótce wokół zaroi się od inicjatyw z solarpunkiem w nazwie. Owszem, jego fani się organizują, chyba póki co głównie w internecie (czego najbardziej jaskrawym przykładem może być kolektyw Sunbeam City). Ale działanie na rzecz poprawiania świata odbywa się też poza tymi strukturami. Idee solarpunka są zbieżne z wieloma innymi ruchami, nurtami, propozycjami, często istniejącymi dłużej, niż on sam. Jego sympatycy angażują się więc między innymi w aktywizm klimatyczny (dodatkowe bonusy, jeśli w niehierarchicznej organizacji), permakulturę, czy wspomniany ruch hakerski. Tym niemniej, na to, aż solarpunk zacznie być rozpoznawalny w Polsce – zarówno jeśli chodzi o literaturę, jak i prawdziwe życie – musimy chyba jeszcze poczekać. Albo, co byłoby bardziej w duchu tego nurtu – zakasać rękawy i samemu zacząć działać.

Poniżej zestaw propozycji zarówno jeśli chodzi o solarpunkową prozę, teksty o solarpunku i wszystko, co wydało mi się z tym gatunkiem powiązane. Są to też w pewnym sensie notatki dla mnie, uwzględniające plany czytelnicze na przyszłość, dlatego jeśli chodzi o książki, wrzucam zarówno te, które przeczytałem (symbol [+]) jak i te, których nie przeczytałem, ale zamierzam, albo są w jakiś sposób ważne dla gatunku (symbol [–]). Oczywiście, komentował będę przede wszystkim te pierwsze.

Manifesty i próby definicji

W przedmowie do pewnej solarpunkowej antologii jest mowa o tym, że “więcej napisano o solarpunku niż samego solarpunka”. Jest tak między innymi dlatego, że w przeciwieństwie np. do cyberpunka, który zaczął się od jednego konkretnego utworu (Neuromancera), tutaj, zanim jeszcze napisano pierwsze opowiadania, istniały już pomysły na to, jak gatunek ma wyglądać. Dlatego przyjrzyjmy się najpierw temu, co solarpunkowcy chcieliby napisać.

  • From Steampunk to Solaprunk – post na blogu Republic of the Bees. Prawdopodobnie pierwsze miejsce, gdzie pojawia się nazwa “solarpunk” i wizja odpowiadającego jej gatunku literackiego. Skupia się bardziej na wymiarze technologicznym niż społecznym, ale zauważa, że w temacie klimatu od polityki uciec nie sposób.
  • Solarpunk – notatki do manifestu Adama Flynna, opublikowany pierwotnie na blogu Projektu Hieroglyph, o którym jeszcze będzie za chwilę. Przetłumaczony przez solarpunkowego hakera Pawła “alxd” Ngei, który również jeszcze się pojawi w tym zestawieniu.
  • Manifest solarpunka.
  • Solarpunk Cities: Notes for a Manifesto autorstwa włoskiego artystycznego kolektywu Commando Jugendstil.

Prekursorzy

  • Republic of the Bees jako inspirację dla solarpunka wskazało Songs From The Stars Normana Spinrada z 1980 roku – “Jest to mało znacząca powieść science-fiction, tym niemniej jest zbudowana wokół idei technologicznie wyrafinowanego społeczeństwa, które ogranicza się do czterech form odnawialnej energii – mięśni, słońca, wiatru i wody”. [–]
  • Ecotopia Ernsta Callenbacha (1975). [–]
  • Wydziedziczeni Ursuli Le Guin (1974). Połowa akcji książki dzieje się na Anarres, planecie zamieszkanej przez anarchistów (a konkretnie potomków rewolucjonistów, którzy uciekli niegdyś z bliźniaczej planety Urras, na której rozgrywa się druga połowa akcji). Tworzą oni w pełni funkcjonalne społeczeństwo pozbawione pieniędzy czy rządu, nawiązujące do idei Murraya Bookchina. Jest ono zarazem bardzo oszczędne jeśli chodzi o zasoby (trochę z konieczności – planeta ma ich niewiele), a swój system energetyczny opiera na źródłach odnawialnych (być może dlatego, że nie ma innych – węgiel czy ropa niekoniecznie były stanie się wytworzyć na planecie o bardzo ubogiej roślinności, praktycznie pozbawionej zwierząt lądowych). Nie jest to społeczeństwo idealne. Między innymi dlatego napisałem “pozbawione rządu” a nie “pozbawione władzy” – wciąż istnieją w nim kliki i nieformalne hierarchie. Musi się też mierzyć z zagrożeniami z zewnątrz (takimi jak susza i wywołany przez nią głód). Tym niemniej pod pewnymi względami (równość, dużo mniejszy stopień przymusu, efektywne korzystanie z zasobów) jest ono bliżej utopii niż to, w którym żyjemy – przynajmniej jeśli chodzi o moje wyobrażenie idealnego społeczeństwa. Aczkolwiek autorka zastosowała ciekawy chwyt – dla głównego bohatera ono zdecydowanie utopią nie jest, próbuje onznaleźć/stworzyć coś lepszego. Takie są zazwyczaj solarpunkowe utopie – niepełne, nie rozwiązujące wszystkich możliwych problemów, pozostawiające miejsce na dalsze poprawki. Nie tyle światy najlepsze, ale po prostu lepsze. [+]
  • Pacific Edge Kima Stanleya Robinsona (1990). [–]
  • Osobiście mogę się doszukać wątków proto-solarpunkowych u Johna Brunnera. Projekt Amerykańska Apokalipsa z Na fali szoku (1975) jest eko-utopią (choć “eko” nie jest zbyt istotne ani dla fabuły, ani dla przesłania powieści). Natomiast ruch trainistów ze Ślepego stada (1972) to masowy bunt przeciw degradacji środowiska (Brunner nie pisał o klimacie), ale także próba stworzenia dla niej alternatywy – trainistowskie “waty” były czymś w stylu ekologicznych komun czy ekowiosek. Co ciekawe, w obu książkach kluczową rolę dla buntu/utopii odgrywają naukowcy. [+]
  • Myślę, że Fremeni z Diuny ze swoim rozpisanym na stulecia planem zazielenienia pustynnej planety również mogli być inspiracją dla solarpunka. [+]

Zagraniczne zbiory opowiadań

W tej chwili solarpunk stoi przede wszystkim opowiadaniami. Po angielsku ukazało się kilka antologii.

  • Solarpunk: Ecological and Fantastical Stories in a Sustainable World, red. Gerson Lodi-Riberio. Pierwsza antologia solarpunka na świecie, wydana oryginalnie w 2014 roku w Brazylii. Charakterystyczne motywy gatunku nie do końca zdążyły się tu jeszcze rozwinąć. Są dosłownie dwa utopijne teksty. Jeden to alternatywna historia, w której pod koniec lat dwudziestych XX wieku ludzkość jest zjednoczona (a w światowym rządzie zasiada m.in. Róża Luksemburg), Werner Heisenberg konstruuje reaktor fuzyjny, a terroryści (w tym Hitler) próbują go wysadzić. W drugim mamy fotosyntetyzujących postludzi. Więcej jest tekstów ponurych czy wręcz dystopijnych – okazuje się, że złowieszcze cyberpunkowe korporacje nie przestają być złowieszcze i cyberpunkowe tylko dlatego, że są zasilane energią odnawialną. [+]
  • Hieroglyph: Stories and Visions for Better Future, red. Ed Finn, Kathryn Crammer. Neal Stephenson (ten od Zamieci i Peanatemy) zauważył w pewnym monencie, że – mimo pozornego przyspieszania rozwoju technologicznego, brakuje nam przełomowych innowacji. Postanowił więc założyć Projekt Hieroglyph, w ramach którego pisarze – konsultując się z naukowcami – mieli zacząć tworzyć śmiałe, optymistyczne wizje przyszłości w duchu Złotej Ery SF, mające inspirować uczonych i inżynierów do szukania rozwiązań trapiących ludzkość problemów. Jego efektem jest ta antologia. Nie wszystkie umieszczone w niej teksty dotyczą ekologii czy klimatu, nie wszystkie są też pisane z perspektywy lewicowej (w jednym głównym bohaterem jest przedsiębiorca, który dorobił się na górnictwie kosmicznym, a na koniec ucieka przed podatkami do innego układu gwiezdnego). Ale kilka spokojnie mieści się w ramach solarpunka, a parę innych, mimo braku wątków ekologicznych, realizuje solarpunkowe podejście do technologii. Zaletą są też znane nazwiska, w tym sensie, że po Stephensonie, Sterlingu czy Doctorowie można spodziewać się dobrej literatury, więc osoby niezdecydowane prędzej sięgną po Hieroglyph niż po brazylijską antologię pisaną przez autorów nieznanych w anglosaskim kręgu kulturowym. [+]
  • Ecopunk! – speculative tales of radical futures, red. Liz Grzyb, Cat Sparks. [–]
  • Wings of Renewal: A Solarpunk Dragon Anthology, red. Claudie Arsenault. [–]
  • Glass and Gardens: Solarpunk Summers [–] i Solarpunk Winters [+], red. Sarena Ullibari. Nie wiem, jak pierwsza część, ale druga jest bardzo różnorodna. Widać, jak wiele można z solarpunka “wycisnąć” (pewnie dlatego, że to jedna z naświeższych pozycji na tej liście). Od postapo dziejącego się w grupce ocalałych, mimo wszystko funkcjonującej na egalitarnych zasadach, przez odbijające promienie słoneczne kopuły, umożliwiające zachowanie śniegu i szczątków północno-kanadyjskich ekosystemów w za ciepłym klimacie, do żywych miast-roślin czy zimowego festiwalu a la “Burning Man” dziejącego się w tymczasowo skonstruowanym lodowym mieście na środku Oceanu Arktycznego.
  • Sunvault: Stories of Solarpunk and Eco-Speculation, red. Phoebe Wagner, Brontë Christopher Wieland. [–]
  • The Weight of Light: A Collection of Solar Futures, red. Joey Eschrich, Clark A. Miller. Darmowa antologia powstała w ramach Center for Science and Imagination na Uniwersytecie Stanowym w Arizonie. Jest to inicjatywa podobna do projektu Hieroglyph (zresztą powiązana z nim), podobnie jak on starająca się budować współpracę między naukowcami a pisarzami SF i wykorzystać fantastykę, aby odpowiedzieć na wyzwania przyszłości. Wydali już całkiem sporo antologii, nie tylko “klimatycznych”, z których część jest darmowa. W tym wypadku mamy do czynienia z czterema tekstami, które mają systematycznie zmapować różne warianty rozwoju energetyki słonecznej (wszystkie możliwe kombinacje: duże/małe instalacje w mieście / poza miastem), zarówno jeśli chodzi o potencjalne problemy związane z nią, jak i ich rozwiązania. [+]
  • Radical Ocean Futures – projekt podobny do The Weight of Light, z tym, że rozważający cztery różne scenariusze przyszłości oceanów. Dwa pozytywne i dwa negatywne. Aczkolwiek nie jest to “pełnoprawna” literatura, a fabularyzowana futurologia. Teksty są krótkie i mają na celu jedynie przedstawienie pewnych pomysłów czy prognoz. Nie spodziewajcie się więc wciągających fabuł, przewrotnych puent czy pełnokrwistych bohaterów. Za to ilustracje wykonał Simon Stalenhag (ten od Tales from the Loop). [+]
  • Biketopia: Feminist Bicycle Science Fiction Stories in Extreme Futures, red. Elly Blue. [–]
  • Defying Doomsday, red. Tsana Dolichva i Holly Kench, Rebuilding Tomorrow, red. Tsana Dolichva – antologie postapo pisanego z perspektywy niepełnosprawnych bohaterów. [–]
  • And Lately, The Sun, red. Calyx Create Group. [–]

Powieści:

  • Walkaway Cory’ego Doctorowa. Nadeszła era post-niedoboru (post-scarcity). Automatyzacja powinna uczynić życie łatwiejszym, znieść biedę, uczynić pracę niepotrzebną – ale tak się nie stało. Aby utrzymać relacje władzy, dzięki którym znajdują się “na szczycie”, możni tego świata decydują się sztucznie utrzymywać niedobór. Fabryki mogłyby działać dzień i noc, produkując towary, które można by sprzedawać dosłownie za bezcen. Ale ich właścicielom się to nie opłaca, więc większość czasu stoją nieużywane. Do tego dochodzi prywatyzacja wszystkiego, łącznie z policją i więzieniami, plus permanentna inwigilacja. Ale jeśli komuś się ten system nie podoba, rzuca wszystko, bierze pod pachę swoją drukarkę 3D i jedzie na środek pustkowia budować społeczeństwo od nowa. Anarchistycznie, na zasadach pełnej dobrowolności (tu znowu wchodzi Murray Bookchin ze swoim Post-scarcity anarchism). Książka jest jednocześnie utopią (anarchiści-hakerzy) i dystopią (turbokapitalistyczny “świat domyślny”). Wątki dystopijne zapewniają odpowiedni poziom napięcia, budują konflikt napędzający fabułę i stanowią tło, na którym wątki utopijne wybijają się jeszcze bardziej – ale to właśnie te ostatnie są tu najciekawsze. O ile w wymienionych wcześniej pozycjach (poza Wydziedziczonymi, no i może Hieroglyph) niewiele mówi się o tym jak utopia ma działać (pewnie także dlatego, że nie zawsze da się to zawrzeć w opowiadaniu), tutaj autor przedstawia szczegóły. Wliczając w to oprogramowanie używane do podejmowania decyzji czy organizacji pracy. Choć idea eko-utopii, która nie jest samoograniczeniem, a szansą na nieograniczony rozwój człowieka i cywilizacji, jest bliska solarpunkowi w ogóle, to trudno o bardziej dobitny przykład: jak wspominałem, u Doctorowa anarchiści zabierają się za budowanie akceleratora cząstek, udaje im się też np. wykorzystać skażone chemicznie tereny do testowania skafandrów kosmicznych. Walkaway pokazuje również, jak ważne jest, aby władza nad technologią została odzyskana przez zwykłych ludzi – w powieści naukowcy-anarchiści ścigają się z bogaczami, kto szybciej osiągnie upload świadomości do komputera. To w zasadzie kwestia władzy nad światem, bo jak się kończy nieśmiertelność w rękach wąskiej elity widzieliśmy chociażby w Modyfikowanym Węglu. Mała uwaga: nie wszyscy uznają książkę Doctorowa za solarpunk, niektórzy klasyfikują ją jako post-cyberpunk. Tak naprawdę, choć wiadomo, że anarchiści żyją tam bardzo ekologicznie, w zasadzie niewiele mówi o tym wprost (co nie znaczy, że wcale: bohaterowie odzyskują ogniwa paliwowe z wraku samolotu, latają sterowcem, budują sobie rowery w taki sposób, żeby były jak najlżejsze i zużyć jak najmniej surowców, i tak dalej, pojawia się nawet dyskusja o tym, czy upload umysłów całej cywilizacji do komputerów pozwoliłby na masowy rewilding). Powieść skupia się raczej na ekonomii i organizacji społeczeństwa. Jednak moim zdaniem, spośród książek, które przeczytałem, to właśnie Walkaway najpełniej i najbardziej przekonująco realizuje ideały z solarpunkowych manifestów.
  • New York 2140 Kima Stanleya Robinsona. [–]
  • Nie zaszkodzi też rzucić okiem na solarpunkową listę na Goodreads. Jest tam parę powieści które wydają się być stricte solarpunkowe (ale [–]). Ale oprócz tego są prekursorzy i książki które się luźno kojarzą (czytałem dawno temu Nemezis Asimova, i, opierając się na własnych wspomnieniach i stresczeniu z wikipedii raczej bym jej na tej liście nie umieścił), a nawet książki non-fiction. Tak przy okazji: istnieje też szerszy termin, hopepunk, oznaczający literaturę będącą odpowiedzią na wszechobecne dystopijne/grimdarkowe narracje w trochę bardziej ogólnym sensie, niekoniecznie w odniesieniu do klimatu. Być może część z tej listy to właśnie coś w ten deseń.

Czasopisma

  • Solarpunk Press – jest parę wartych uwagi tekstów, jak Le carré rouge Claudie Arseneault czy Out of the Storm Iana O'Reilly’ego, i parę takich które można sobie darować. Poza tym, część (jak wymienione wyżej) jest “twardym solarpunkiem”, gdzie faktycznie chodzi o mierzenie się zarówno z problemami społecznymi, jak i ekologicznymi (jak te wspomniane przed chwilą), a część jest jedynie luźno powiązana z wizjami opisywanymi w solarpunkowych manifestach (w Untethered Andy'ego Crawforda zostało z nich jedynie znaczenie współpracy i społeczności dla przetrwania, natomiast The Daisy Haunt Claudie Arsenault chyba tylko tyle że bohaterki są LGBT, a ta, która jest duchem, ma “roślinne” moce). [+]
  • Optopia Zine. [–]
  • DreamForge. [–]

W Polsce

  • Listopad bez snów Joanny Krystyny Radosz – opowiadanie z darmowej antologii Tęczowe i Fantastyczne. Akcja dzieje się po tym, jak “pokolenie Grety” poradziło sobie ze zmianami klimatu. Niewiele wiadomo o tym, jak, wiadomo tylko, że wymagało to międzynarodowej współpracy (co odbiło się np. na języku). Główna bohaterka należy już do kolejnej generacji, która ma już “normalne” problemy, nie musi ratować świata… A może właśnie musi? Trochę jak u Le Guin: to, co z naszej perspektywy jest ultraoptymistycznym scenariuszem, dla bohaterki jest tylko punktem wyjścia. Bo świat został uratowany, ale wciąż są w nim wykluczeni. [+]
  • Solar City – planszówka, w której budujemy solarpunkowe miasto. [–]
  • Glider Ink. Komiks mający popularyzować ideę hackerspace’ów. Projekt został rozpoczęty przez wspomnianego już Pawła Ngei (i wrzucam go tutaj ze względu na narodowość Pawła, mimo że jest po angielsku), ale jest rozwijany na zasadach open source. W założeniu ma być fikcją, ale nie fantastyką. Z tego, co się orientuję, wątki ekologiczne się nie pojawiają, za to podejście do technologii i kwestii społecznych jest solarpunkowe w duchu (o czym wprost mówi wiki projektu). Niestety, na razie istnieją tylko projekty postaci, zarysy fragmentów postaci i przykładowe plansze. A ostatni wpis na blogu jest z 2017. (ani [+] ani [–], skoro komiks jeszcze nie powstał)

Estetyka

Jak już wspominałem, solarpunk ma swoją estetykę. Wydaje mi się nawet, że grafika w tym stylu zaczęła powstała szybciej niż literatura.

  • Post Miss Olivii Louise z Tumblra, cytowany przez Adama Flynna w Notatkach do manifestu.
  • Solarpunkowa edycja konkursu Atomhawk.
  • Wspomniany włoski kolektyw Commando Jugendstil zajmuje się sztuką wizualną z okolic solarpunka, z której część można zobaczyć na blogu (w sumie to tworzą też literaturę, we współpracy z innym kolektywem Tales from the EV Studio – rezultat można przeczytać m. in. w obu odsłonach Glass and Gardens).
  • Gardens by the Bay w Singapurze często podaje się jako przykład architektury w duchu solarpunka.

Prawdziwe życie

  • Pocztówki z możliwego świata (Cartoline da un Mondo Possibile) autorstwa Commando Jugendstil. Ponieważ opis jest po włosku, nie jestem pewny czy dobrze rozumiem to co mi wypluwa Google Translate. O ile się nie mylę, Pocztówki są (były? miały być?) elementem projektu, który ma stworzyć plany zrównoważonej transformacji Mediolanu na najbliższą dekadę przy współudziale mieszkańców, lokalnych stowarzyszeń, szkół itd. Ma to zostać przedstawione w formie cyfrowej platformy z użyciem geolokalizacji, co pozwoliłoby stworzyć coś w rodzaju mapy Mediolanu przyszłości. Od strony Commando Jugendstil mamy projekty murali, które miałyby być “solarnymi manifestami”, ale jednocześnie wytwarzać energię jako organiczne ogniwa fotowoltaiczne (nie wiem, czy taka technologia już istnieje). Oraz opowiadania (to jedno, które czytałem, faktycznie dzieje się w Mediolanie przyszłości).
  • Solarpunk Action Week – wezwanie do zrobienia czegoś dla planety z solarpunkową motywacją. Mała rzecz, ale jednak świadczy o tym, że solarpunk chce być czymś więcej niż literaturą.

Oprócz tego, jak wspominałem, jest wiele ruchów/nurtów/aktywności, które są w mniejszym lub większym stopniu zbieżne z solarpunkiem.

  • Prezentacja Pawła Ngei z Filozofikonu stanowi bardzo dobre źródło na temat zbieżności między solarpunkiem a ruchem hakerskim. Są przykłady z życia, jak np. hakerzy, którzy uratowali Sierra Leone w czasie epidemii Eboli.
  • Skoro już mówimy o hakowaniu, to warto wspomnieć, że jest coś takiego jak Climathon.
  • Urządzenia tworzone przez ruch Appropriate Technology stanowią przykład tego o czym wspominało Republic of the Bees – pomieszania “starego” z “nowym”. Są zaprojektowane w ten sposób, żeby były możliwe do samodzielnego zbudowania i naprawy możliwie bez konieczności używania drogich podzespołów i materiałów. Przydatne, jeśli w naszej postapokaliptycznej wiosce chcielibyśmy mieć jakiś sprzęt medyczny i internet. Dobrym źródłem na ten temat jest Appropedia.
  • Podobne klimaty można znaleźć w Low Tech Magazine.
  • Blog Solarpunk Station ma zestaw linków na temat około-solarpunkowych technologii i rozwiązań społeczno-gospodarczych.
  • Jeszcze więcej znajdziemy na wiki Sunbeam City w dziale “Knowledge Base”.
  • Na temat permakultury chyba nic mądrego nie napiszę, więc wrzucam link do Wikipedii.
  • O wielu z powyższych kwestii można posłuchać np. w prezentacji Petrosa (TePeWu) Klimatyczny koniec cywilizacji i co z nim zrobić. Inżynierowie dla Rebelli dla Extinction Rebelllion Opole. Inżynieria rozumiana jest tutaj bardzo szeroko – łapie się i wodór z OZE, i kręgi empatii. Zresztą, w prezentacji chodzi także o pokazanie pewnego “inżynierskiego” czyli systemowego podejścia do kwestii końca świata. A podejście to, i wnioski z niego, wpisują się w solarpunkowe rozważania (sam solarpunk też się pojawia na jeden slajd). Trigger warning: zguglałem wspomniany przez niego skrót LENR i okazało się, że chodzi o zimną fuzję. Tak więc w pewnym momencie odpływa w pseudonaukę, tym niemniej poza tym reszta wydaje się sensowna przynajmniej jako punkt wyjścia dla literatury SF (co nie znaczy, że nie mam pewnych wątpliwości).
  • Prezentacja Jaya Springletta z zeszłorocznego Unsoundu również podrzuca parę pomysłów.

Społeczność

Więcej o solarpunku