ekofikcje

O fantastyce, ekologii, zmianach klimatu, apokalipsie i utopiach. Piszę też tu: https://www.facebook.com/ekofikcje

Część 3. Siedzi na debacie człowiek z rybą na głowie

Trochę mi to zajęło, ale spisałem wreszcie wrażenia z pierwszego dnia kongresowej części Bomby Megabitowej, czyli głównie dyskusji i debat. Ten post będzie nieco bardziej chaotyczny niż poprzednie z tej serii, bo też poszczególne punkty programu niekoniecznie miały cokolwiek wspólnego ze sobą nawzajem.

11:00. Debata: Kraków. Meet the innovation. Klimat dla innowacji, innowacje dla klimatu – Dominika Walec, Dawid Pałka, Kasia Gola, Robert Rybarz, Tomasz Krzyszkowski Weronika Wirtel. Odpuściłem sobie, bo musiałbym wstać o jakiejś nieludzkiej jak na sobotę porze żeby dotrzeć tam na czas.

12:00 Debata: Mniej znaczy lepiej – Joanna Glogaza, Anna Mularczyk-Meyer, Ewa Drzyzga, Michał Niewęgłowski, Katarzyna Kędzierska. Mniej znaczy więcej to tytuł książki Jacksona Hickela, której jeszcze nie czytałem, i może to dobrze, bo nie miała ona żadnego związku z tą rozmową. Autor jest postwzrostowym antropologiem ekonomicznym, natomiast debata dotyczyła minimalizmu w życiu codziennym, głównie jeśli chodzi o odzież i media społecznościowe. Przywołuję jednak Hickela nie bez powodu. Ewa Drzyzga rozpoczęła pytając: po co w ogóle mamy cokolwiek robić, skoro miliarderzy swoimi prywatnymi samolotami emitują o rzędy wielkości więcej niż każdy z nas swoimi ekologicznymi wyborami może zaoszczędzić? I tutaj mogłaby paść odpowiedź: konsumenckie decyzje to nie wszystko, można działać także np. na poziomie politycznym, domagając się od rządów narzucenia jakichś ograniczeń na bogaczy (oraz na przykład dewzrostowych rozwiązań proponowanych przez Hickela). Wystarczyłoby powiedzieć to jednym zdaniem i dodać „jednak w tej dyskusji skupimy się na czym innym”. Ale nie, po co? Zamiast tego, utrzymujmy ludzi w poczuciu absolutnej bezsilności, a jak im z tego powodu smutno, to niech sobie kupią subskrypcję na medytacje w apce pana Niewęgłowskiego. Podobnie, przy okazji mediów społecznościowych można było wspomnieć, że do wyboru nie mamy tylko dwóch opcji: „Facebook i Twitter” oraz „asceza”. Istnieje coś takiego jak Fediverse, czyli sieć sieci społecznościowych, oddolna, open source i bynajmniej nie projektowana w taki sposób, by uzależniać użytkowników. Jasne, Fedi ma swoje mankamenty, ale największym jest chyba to, że ma względnie mało użytkowników (przybyło ostatnio sporo uciekinierów z Twittera po tym jak przejął go Elon, ale to wciąż nie to samo co fejsbuczek), a z tym akurat można coś zrobić konsumencką decyzją: dołączyć i zwiększyć tę liczbę o 1. Ba, jeśli ma się nieco zdolności informatycznych można się włączyć w tworzenie Fediverse, czy to pracując nad oprogramowaniem, czy zakładając własną instancję (to drugie jest zresztą ostatnio szczególnie potrzebne, bo za sprawą trwającego exodusu z Twittera niektóre serwery są przeciążone i przestały przyjmować nowych użytkowników). Ale najwidoczniej wszystko, co wiąże się ze współpracą między ludźmi, leży poza zainteresowaniem lajfstajlowo-blogowo-celebryckiego środowiska. Tak czy siak, debata okazała się dla mnie średnio interesująca, bo jako aspołeczny mężczyzna nie jestem pod kulturową presją ubierania się za każdym razem inaczej. Trochę trudno mi jest oceniać na ile przydatna byłaby dla tych, którzy pod tą presją się znajdują. A jeśli chodzi o media społecznościowe, to – no cóż, nie wiem, może jestem uzależniony, ale jakoś nie czuję potrzeby ograniczania się w tej kwestii. Tak na marginesie: fajnie by było, gdyby Ewa Drzyzga przyznała, że nie jest losowym człowiekiem z ulicy, tylko celebrytką z tefałenu. Co z jednej strony wiąże się z pewną władzą, a z drugiej – daje pewne zabezpieczenie. Kiedy ja założyłem konto na Mastodonie (należącym do Fediverse), nikogo za sobą nie pociągnąłem, ale kiedy to samo zrobi osoba z telewizji, zapewne ktoś jednak za nią pójdzie. Podobnie, w kwestii odzieżowych oczekiwań społecznych, będąc celebrytką można zrobić trochę więcej niż narzekać na portale plotkarskie, które napiszą, że na Bombie Megabitowej pojawiła się w tej samej sukience, co na dwóch innych niedawnych wydarzeniach (zresztą, mam nadzieję że to był żart). A nawet jeśli ubranie się tak samo na dwadzieścia kolejnych okazji wzbudzi taką pogardę ze strony koleżanek-celebrytek i plotkarskich mediów, że nie będzie się już dało tego znieść, zapewne można rzucić wszystko, wyjechać w Bieszczady i żyć tam do końca życia ze swojego celebryckiego majątku, podziwiając przyrodę, uprawiając mindfullness, robiąc zdjęcia ładnych kwiatków i wrzucając je na Instagrama Pixelfed.

13:00 Debata: Realizm ekologiczny – Dominika Słowik, Michał Piasecki, Filip Springer, Monika Ochędowska Jeśli obecność celebrytki z tefałenu oraz lajfstajlowy temat miał być wabikiem, który ściągnie na festiwal ludzi którzy normalnie mieliby w głębokim poważaniu Lema i zmiany klimatu, to niestety już w następnej debacie te osoby dostałyby mocno po głowie. Dyskutanci najwyraźniej zakładali że wszyscy wiedzą, czym jest „realizm ekologiczny” (ja nie wiedziałem i w sumie dalej nie wiem). Owszem, na początku pojawiła się jakaś definicja, ale tylko po to, by prowadząca mogła zadać pytanie o to co znaczy w niej określenie „przyglądać się”. Z rozmowy o jednym słowie, do którego nie znam kontekstu, nie byłem w stanie wynieść więcej niż z rozważaniach z poprzedniego punktu o „zaprzyjaźnianiu się z rzeczami w szafie” i „czterech setach”, ale jako że zainteresowania mam raczej literackie niż odzieżowe, z dwojga złego wolę już hermetyczne filozoficzno-artystyczne debaty. Swoją drogą, był to jeden z niewielu punktów programu, gdzie w ogóle padło jakieś odniesienie do Lema (Dominika Słowik, mówiąc o tym jak obcą formą życia są de facto rośliny, stwierdziła, że gdyby autor „Niezwyciężonego” żył dzisiaj i był na bieżąco z biologią, na pewno pisałby o nich). Zresztą, to właśnie dzięki Bombie Megabitowej dowiedziałem się że ktoś taki jak Dominika Słowik istnieje, przez co przeczytałem jej „Samosiejki” i bynajmniej nie żałuję. A ponieważ kilka tekstów z tego zbioru to jak najbardziej fantastyka, to okazuje się, że populacja fantastów jednak była większa niż myślałem. I to dwukrotnie! 14:00 Debata: Sztuka szuka – Daria Solar. Zofia Krawiec, Cecylia Malik (miała być też Joanna Rajkowska, ale zachorowała) Całkiem przyjemna rozmowa o łączeniu sztuki z aktywizmem. W dużo luźniejszym tonie niż ta poprzednia, zwiastowanym już przez wejście Cecylii Malik z rybą na głowie (jak orki! Znaczy się, to była czapka w kształcie ryby, pewnie własnoręcznie zrobiona). Artystki opowiedziały o swojej działalności nieco „od kuchni” — dowiedzieliśmy się na przykład (choć w sumie nie powinno to dziwić), że obie swoją „zaangażowaną” sztukę uprawiają nieodpłatnie, a zgranie wszystkiego finansowo i czasowo bywa trudne. Dyskutantki różniły się nieco w podejściu do swojej działalności. Daria Solar miała nieco ekskatedralny vibe: wyglądała na przekonaną o tym że robi Ważną Sztukę na Ważne Tematy i musi z tym przekazem dotrzeć do maluczkich, walcząc o uwagę z innymi treściami którymi dzisiejszy człowiek jest bombardowany. Cecylia Malik oczywiście również chce dotrzeć do ludzi i szuka na to sposobów. Jednak odniosłem wrażenie, że jest w tym bardziej swobodna i ma mniejszy dystans do odbiorcy. Spodobało mi się na przykład jak wyjaśniała koncepcję terenów zalewowych za pomocą spódnicy – proste, zrozumiałe, a jednocześnie kreatywne. Zresztą, jak sama twierdziła, „włączająca” sztuka, którą stara się uprawiać, zakłada rozmywanie granicy między artystą a widzem, i wspólne tworzenie (w końcu Siostry Rzeki to nie tylko sama pomysłodawczyni, ale i cały kolektyw). Z tych dwóch, podejście Cecylii Malik wydaje mi się lepsze – aczkolwiek to tylko teoretyczne rozważania, bo mam wrażenie że mojej twórczości bliżej jednak do Darii Solar (patrzcie, napisałem opowiadanie na Ważny Temat Jakim Jest Zmiana Klimatu!).

15:00 Debata: Żywieniowa odżywalność – Agnieszka Sendor, Aga Kozak, Grzegorz Łapanowski, Sylwia Majcher. Dyskutowali: właścicielka tradycyjnej hodowli pstrągów, autorka książek o zero waste oraz jakiś kucharz z telewizji (plus prowadząca). Wyszło dużo lepiej niż spodziewałem się po składzie. Każda z tych osób wydawała się szczerze dążyć do zmiany na swoim poletku (choć jak jest rzeczywiście – nie wiem). Mimo że w sumie systematycznie ujęty temat „odżywalności” (czyli tego co po angielsku nazywa się „sustainability”, a „zrównoważony rozwój” to niezbyt dobre tłumaczenie) się nie pojawił, to dyskusja sprawiała wrażenie rzeczowej i sensownej.

16:00 Podsumowanie Okrągłych Stołów Klimatycznych Okrągłe Stoły to warsztaty polegające na dyskusjach między przedstawicielami ruchów klimatycznych (było np. XR i Akcja Ratunkowa dla Krakowa), strony rządowej oraz „partnerów i sponsorów festiwalu”, starającymi się wypracować wspólne rekomendacje w kilku obszarach związanych z ekologią i klimatem. Szczerze mówiąc, nie mając świadomości problemów związanych z festiwalem (o których dowiedziałem się już w czasie jego trwania), sam byłem za tym żeby XR wzięło w nich udział. Teraz trochę tego żałuję, bo wydaje mi się, że ludzie działający w dobrej wierze zostali bezczelnie wykorzystani do karmienia ego Macieja Kaweckiego oraz greenwashingu (raz, że „partnerzy i sponsorzy festiwalu” przedstawili się w ten sposób jako równorzędna strona dyskusji dla aktywistów, dwa, w ten sposób cały festiwal został w pewien sposób zalegitymizowany). Z drugiej strony, myślę że mogły jednak na tym trochę skorzystać, nawet jeśli rekomendacje pójdą prosto na śmietnik (a dlaczego miałbym oczekiwać, że będzie inaczej?). Raz że to okazja do, przepraszam za wyrażenie, „networkingu” – zapewne współpraca między ruchami już istniała, ale w ten sposób można było ją pogłębić, kontakt z reprezentantami miasta nie zaszkodzi. Dwa, szersza publiczność, która przyszła posłuchać celebrytów z telewizji, miała szansę się dowiedzieć, że w ogóle istnieje coś takiego jak XR czy Akcja Ratunkowa dla Krakowa.

Przedstawicielka XR prezentuje rekomendacje Okrągłego Stołu ws. energetyki.
Podczas przedstawiania wyników padło sporo sugestii brzmiących sensownie. Zwłaszcza reprezentantka ARdK wyglądała na kumatą w kwestiach urbanistyczno-architektonicznych, choć kompletnie się na tym nie znam, więc mogę tylko stwierdzić że brzmiała mądrze. Niestety formuła prezentacji uniemożliwiała rozwinięcie propozycji, bo zwyczajnie nie było czasu. Szkoda, że same Okrągłe Stoły były wydarzeniami zamkniętymi i (o ile wiem) ich nie transmitowano. Ale może za zamkniętymi drzwiami łatwiej było dyskutować ze względu na mniej oficjalną atmosferę. W ramach Stołu dotyczącego energetyki pojawiła się dość kontrowersyjna rekomendacja „akceptacji wysokich cen energii” – choć rozumiem intencję (wysokie ceny zmuszają do oszczędzania), to wydaje mi się, że jednym tchem powinno się powiedzieć o wsparciu dla najuboższych. Dla osób, które już teraz znajdują się w stanie ubóstwa energetycznego, wysokie ceny energii to katastrofa. Ciekawe, że na panelu o „żywieniowej odżywalności”, bodajże Grzegorz Łapanowski, komentując rosnące ceny żywności, powiedział coś w stylu (o ile pamiętam) „jeszcze niedawno przechodziło nam przez gardło stwierdzenie, że jedzenie powinno być droższe”. I faktycznie, ja również słyszałem dawniej podobne opinie (np. od uczestników Obozu dla Klimatu w 2019), uzasadnione tym, że obecne ceny nie są „prawdziwe” bo nie zawierają w sobie kosztów środowiskowych. Co jest prawdą, ale z drugiej strony powiedzcie coś takiego osobom którym budżet się ledwo spina... Ciekawe, czy za kilka lat na jakiejś debacie nie padną słowa: „jeszcze niedawno przechodziło nam przez gardło stwierdzenie, że energia powinna być droższa”. Cały jeden „okrągły stół” poświęcono też biznesowi. Oczywiście nie traktuję tego inaczej niż jako czysty greenwashing. O ile jestem w stanie uwierzyć w możliwość dobrej woli u przedstawicieli miasta (niekoniecznie najwyższych władz, ale tych, których wysłały na spotkanie), o tyle u „partnerów i sponsorów festiwalu”… Już widzę tego Volkswagena „odchodzącego od paradygmatu ciągłego wzrostu”. Jedyny pozytyw: dzięki temu dowiedziałem się że istnieje coś takiego jak „rating ESG”, więc śmieszyły mnie odcinki Dilberta pojawiające się po festiwalu.

17:00 Debata: Hejt – w necie i w realu – Konrad Piasecki, Maciej Kawecki, Nataniel Brożnowicz, Kamil Wroński, Michał Rusinek. Niestety, od mądrości Macieja Kaweckiego wolałem jedzenie (całkiem niezła pizza zaraz obok, aczkolwiek ceny trochę burżujskie).

18:00 Debata: Świat w kryzysie – Przemysław Wielgosz, Przemysław Czapliński, Janusz Schwertner, Karolina Wigura Temat na tyle ogólny, że dyskusja rozpłynęła się w rozmaite strony. Ale przynajmniej można było zaobserwować różnicę rozmówców w podejściach etycznych. Przemysław Wielgosz reprezentował nastawienie maskymalistyczo-utopijne. Na przeciwległym biegunie była Karolina Wigura, sugerująca poszukiwanie jakichś minimalnych zasad akceptowalnych przez wszystkich (w stylu „jeśli chociaż to się uda, to przynajmniej nie pozabijamy się nawzajem, a to już dużo”). Przemysława Czaplińskiego z kolei trudno umieścić na skali, bo przede wszystkim starał się lansować koncepcję nadawania osobowości prawnej przyrodzie (przerwa na reklamę: ostatnio powstała inicjatywa żeby coś takiego zrobić z Odrą). Poza wyżej wymienionymi charakterystykami, z tej meandrującej w różne strony dyskusji zapamiętałem głównie to, jak Karolina Wigura krytykowała koncepcję „systemu” często używaną przez aktywistów – w sensie, to nie jest takie proste, że „obalimy” jakiś „system”, i sprawa załatwiona. Jej zdaniem kometa z Nie patrz w górę to zwodnicza metafora, bo powstrzymanie zmian klimatu nie jest tak proste jak rozbicie kosmicznego głazu. Myślę, że aktywiści (a przynajmniej: część aktywistów) bynajmniej nie uważają, że „zmiana systemu” jest czymś łatwym ani jednorazowym (co nie zmienia faktu, że pewne rzeczy są proste, na przykład jedną ustawą można przestać blokować rozwój energetyki wiatrowej w Polsce). Ale może faktycznie warto przyjrzeć się metaforom, których używamy?

W międzyczasie: wystawa obrazów Darii Solar Obejrzałem ją podczas debaty o hejcie, wróciwszy z pizzy. Nie jest to sztuka, nad której przesłaniem trzeba się długo zastanawiać – tam, gdzie nie było ono od razu jasne, tam wszystko było objaśnione w opisach (w tym również aluzje, co bywało przydatne – nie wiedziałem na przykład o żółwiu przezwanym Mae West). To niekoniecznie źle, taka też jest potrzebna. Myślę że nie zawsze trzeba zastanawiać się nad kondycją ludzką w epoce antropocenu albo niuansami polityki energetycznej – czasem warto po prostu namalować węglową boginię śmierci. Ale takie podejście nie musi pasować wszystkim. Niestety, jakaś połowa obrazów powstała przy użyciu jednego algorytmu – „weź ludzką postać i zamień którąś część ciała na jakieś urządzenie elektroniczne”, co w sumie jest dość ironiczne w przypadku sztuki która w zamierzeniu ma opowiadać m. in. o problemach związanych z oddawaniem władzy algorytmom.

Ostatecznie, trudno mi podsumować program pierwszego dnia festiwalu. To taka zbieranina różnych rzeczy, często zupełnie ze sobą niezwiązanych. Część – sensownych, część – wywołujących zawód. Na pewno dało się to zrobić lepiej. Ale może właśnie ta zbieranina jest jakimś obrazem polskiego dyskursu na temat ekologii i klimatu? Może faktycznie jest rozbity na bańki grup rozmawiających tylko we własnym gronie? Celebryci z celebrytami, intelektualiści z intelektualistami, aktywiści z aktywistami? Jeśli tak, to chciałbym, żeby – choć nie wiem w jaki sposób miałoby to nastąpić – te bąbelki zostały przebite. Żeby Ewa Drzyzga biadoląca o chodzeniu trzeci raz w tej samej sukience spotkała się z Cecylią Malik z rybą na głowie. Żeby artyści spróbowali wyjaśnić ekspertce od zero waste co to jest realizm ekologiczny. Żeby aktywiści powiedzieli rolniczce, że ma zaakceptować wysokie ceny energii. I żeby, zgodnie z życzeniem Karoliny Wigury, oni wszyscy się nawzajem nie pozabijali.

P.S. Poszkalujmy sobie jeszcze Macieja Kaweckiego. Otóż, pan Maciej, krótko po zorganizowaniu festiwalu o klimacie, pochwalił się na Twitterku częstym lataniem. Oraz nie zabieraniem bagażu, bo ubrania ma na sobie, albo… kupuje na miejscu. Wyobrażacie sobie to? Nowe ubrania tylko na kilka dni? (z powrotem przecież też nie weźmie, chyba że za każdym razem kupuje nową walizkę). To jest dopiero fast fashion. Panel „Mniej znaczy lepiej” powinien zacząć od pytania: co nam po tym naszym minimalizmie, skoro i tak przyjdzie jakiś influłenser-celebryta i wykona 40 lotów miesięcznie, za każdym razem kupując i wyrzucając nowy zestaw ubrań? A poza tym, jeśli wierzyć jakiemuś losowemu wpisowi z Twittera, nie wolno mówić że Ordo Iuris to finansowani przez Kreml fundamentaliści Maciej Kawecki to celebryta i inlfluencer. Przynajmniej na Wikipedii – bo wtedy własnoręcznie to wyedytuje. Dlaczego wielki literacko-naukowo-cholerawiejaki festiwal o klimacie musi organizować właśnie ktoś taki?

Część 2. Widziałam w końcu tę przyszłość?

Podczas – czy raczej „wokół” – Bomby Megabitowej pojawiły się dwa solarpunkowe akcenty. Oczywiście, podczas części kongresowej (tzn. tej części części kongresowej, w której uczestniczyłem), słowo to nie padło ani razu, ale też nie bardzo miało gdzie się pojawić, skoro dyskusje miały niewiele wspólnego z fantastyką (i tak dobrze że w ogóle usłyszałem nazwisko Lema). Akcent numer jeden: plakaty reklamujące festiwal, w założeniu mające być „inspirowane solarpunkową utopią” (niestety na żywo widziałem tylko ten z twarzami autora Solaris). Numer dwa (chyba ważniejszy): solarpunkowy konkurs literacki. Nawiasem mówiąc, to i tak więcej nawiązań do tej konwencji niż np. na tegorocznych DFach, ale tematem DFów były „Granice magii”, a Bomba miała dotyczyć klimatu, więc to niekoniecznie uczciwe porównanie.

„Solarpunkowy konkurs fikcji klimatycznej” był w zasadzie drugą edycją wydarzenia zorganizowanego wcześniej jednym z warszawskich liceów. Edycją przeprowadzoną na dużo większą skalę – nie dość że ogólnopolską, to jeszcze z zasięgami podbijanymi przez spory festiwal. A w jury szychy fantastycznego światka: Kasia Sienkiewicz-Kosik z Powergraphu, czyli wydawnictwa którego książki regularnie dostają Zajdle, a raz nawet i Nike, oraz Michał Cetnarowski, również powiązany z Powergraphem, a także redagujący dział prozy polskiej w Nowej Fantastyce (swoją drogą początek jego Gnozy – opis akcji nieposłuszeństwa obywatelskiego z udziałem głównej bohaterki – to w zasadzie solarpunk zrobiony dobrze, aczkolwiek później powieść skręca tematycznie i przesłaniowo w inne rejony). Taki finansowo-organizacyjny kop dla konkursu powinien przysłużyć się promocji solarpunka w Polsce – myślę że dzięki niemu wiele osób po raz pierwszy zetknęło się z tym pojęciem, a niektórzy spróbowali swoich sił w tej konwencji (choć nie mam pojęcia ile tekstów nadesłano).

Ale jednocześnie takich ludzi zapewne byłoby więcej, gdyby organizatorzy podeszli poważnie do promocji konkursu. Pierwsze ogłoszenie pojawiło się w majowej NF, wydanej 28 kwietnia. Całkiem dokładnie opisywało ideę konkursu, podawało maila, na który należało wysyłać teksty, a po więcej informacji odsyłało do stron miastoliteratury.pl, bombamegabitowa.com i fantastyka.pl.

Na tej pierwszej wzmianka o konkursie pojawiła się gdzieś w maju (chyba jakoś w połowie, ale trudno mi zweryfikować). Na drugiej – wydaje mi się że później, bo z tego co pamiętam przez długi czas wisiała pod tym adresem strona zeszłorocznej edycji. Na fantastyka.pl informacji tej nie opublikowano do dziś (chyba że już zdjęli, albo nie potrafię jej znaleźć).

Regulamin konkursu ukazał się dopiero pod koniec maja, i zawierał kilka niespodzianek: przedłużono termin nadsyłania tekstów (to akurat dobrze), wprowadzono ograniczenie długości do 9000 znaków oraz wiekowe – nagle konkurs stał się „solarpunkowym konkursem fikcji klimatycznej dla dzieci, młodzieży i osób do 27 roku życia”. Czyli: jeśli byłeś osobą w wieku, dajmy na to, 33 lata, i zacząłeś pisać tekst w chwili kiedy ukazało się pierwsze ogłoszenie, to dopiero po miesiącu dowiedziałeś się, że sorry, jesteś za stary. Jeśli przez przypadek miałeś w szufladzie solarpunkowe opowiadanie na 20 tys. znaków i wysłałeś je na konkurs w połowie maja, to pod koniec miesiąca dowiedziałeś się że przepraszamy, ale za długie. Czy to naprawdę takie trudne ustalić regulamin (czy nawet, kurde, takie najprostsze punkty typu kto może brać udział i jak obszernych tekstów szukamy) ZANIM zacznie się promować konkurs? I w ogóle, po cholerę to ograniczenie do 27 roku życia? Jeśli boimy się, że początkujący nastolatek ma konkurować z doświadczonym dorosłym, to nie lepiej zrobić kategorie wiekowe? Zresztą różnica między dzieckiem a 27-latkiem i tak jest kolosalna, więc ten argument nie miałby sensu.

Wisienka na torcie: w ogłoszeniu w NF wielkimi literami wypisana jest nazwa konkursu: „Widziałam przyszłosć”. W późniejszych materiałach nie jest ona eksponowana, a czasem w ogóle bywa pominięta. Więc najwyraźniej w tym przypadku też ktoś czegoś nie przemyślał.

No dobrze, ale przejdźmy wreszcie do rzeczy, czyli samych tekstów (można je przeczytać na przykład tu). No cóż, mam wrażenie że widzieliśmy już w Polsce lepiej napisanego solarpunka: Falę Dominiki Tarczoń czy Listopad bez snów Joanny Krystyny Radosz. W przeciwieństwie do tych dwóch opowiadań, mam wrażenie że te zwycięskie mogłyby mieć problem z dostaniem się do nietematycznej antologii (choć myślę że przynajmniej dwa z trzech po solidnej redakcji nie byłyby bez szans). Czytało mi się je trochę jak Utopię XXI wieku, czyli nie jako po prostu dobrą-literaturę-która-sama-się-broni, a jakiś projekt fanowski do którego jestem przyjaźnie nastawiony, czy jakiś eksperyment myślowo-narracyjny który jest ciekawy dla mnie ze względu na moje zainteresowania, ale niekoniecznie będzie tak samo interesujący dla reszty świata. Choć nie wątpię, że literacko stoją jednak trochę wyżej niż przynajmniej niektóre teksty ze wspomnianej Utopii...,.

Pozwolę sobie teraz dokonać recyklingu (upcyklingu?) i przetworzyć oraz rozwinąć mój komentarz z fejsbuczka:

3 miejsce: Zmiany od podstaw Aleksandry Olchowik, czyli opowiadanie o kopaniu dziury w ziemi – i nieironicznie uważam, że to zaleta. Solarpunk nie musi skupiać się na wydarzeniach spektakularnych – może nawet lepiej, jeśli zwraca uwagę na pracę, która jest mało ekscytująca, ale ktoś musi ją wykonać żeby odbudować cywilizację. A „science” w solarpunkowym science fiction to niekoniecznie musi inżynieria genetyczna czy programowanie SI – równie dobrze może to być gleboznawstwo. Szkoda tylko, że zamiast pokazać, jak ludzkość rozwiązuje problemy, opowiadanie opisuje ja problem rozwiązuje się sam. Czyli owszem, jest optymizm, ale nie ten typowo solarpunkowy, nie „jest wyjście jeśli zrobimy to i to”, tylko „a może nie będzie tak źle”, „natura sobie poradzi”. Znaczy się, optymizm kontrproduktywny.

2. miejsce: Ruiny dawnego świata Aleksandra Gieszcza. Chyba najbardziej „meh” z tych trzech – to w zasadzie generyczne postapo. Ludzkość pochowała się do schronów, które zabezpieczają przed morderczą pogodą, jednak po wielu latach do ruin dawnego miasta wyrusza ekspedycja mająca zbadać je pod kątem ponownego zasiedlenia. Pewnie z takiego settingu można by co nieco wyciągnąć, ale jeśli nie mamy oryginalnego pomysłu na świat, problematykę czy mocną puentę, to „wyciąganie” musi się opierać na fabule albo bohaterach – a na to w 9000 znakach nie ma za bardzo miejsca. Końcówka zupełnie mnie nie przekonuje. Takie objawienie w stylu „i nagle bohater napełnił się nadzieją” chyba trudno napisać dobrze. Aczkolwiek tworząc solarpunka czasem trudno ustrzec się przed popadaniem w takie klimaty.

1. miejsce: Projekt Sextus Elementum Oskara Łuczyńskiego. Tekst najbardziej chaotyczny, bo składający się z fragmentów, które trudno mi złożyć w jedną całość. Być może to efekt ograniczenia długości – 9000 znaków to nie jest dużo, a autor mógł mieć bogatą wizję, którą trudno było skrócić do tego rozmiaru (aczkolwiek „obowiązkiem” autora jest dopasowanie formy do treści albo odwrotnie – lepiej napisać spójną krótką historię o kopaniu dziury w ziemi, niż spróbować upchnąć Lód Dukaja na dwóch stronach i polec). Każdy z fragmentów sam w sobie wydaje się wstępem do czegoś ciekawego – chciałbym na przykład wiedzieć czym są „tereny ekumeniczne i anekumeniczne”. Oczywiście może się okazać, że autor sam tego nie wie, a rzucanie takim slangem/odniesieniami jest tylko elementem „gęstego” stylu znanego m. in. z hard SFu, mającego jedynie sprawiać wrażenie, że w tle jest bogaty świat. Ale to bynajmniej nie wada – osobiście lubię ten sposób pisania, a ci, którym on nie podchodzi, mogą przynajmniej cieszyć się z próby zwiększenia różnorodności stylistycznej w solarpunku. Swoją drogą dokładnie tak napisana jest Gnoza. Przypadek?

Tak czy inaczej, nie załapałem, na czym konkretnie miał polegać tytułowy projekt. Rozumiem, że myślą przewodnią było, żeby „szóstym żywiołem” stał się człowiek, ale to dość ogólna sugestia. Może stanowić nośny slogan, ale mieści się w nim wiele – mógłby go wykorzystać zarówno jakiś ekologiczny ruch, jak i greenwashingująca korporacja.

A co Projekt robi? Wygląda na to, że wiele rzeczy naraz – tu odtwarza ekosystemy, tam próbuje z wprowadzaniem „nieinwazyjnych modyfikacji” (genetycznych?) do gatunków (dziko żyjących? W jakim celu? Uodpornienia na zmiany klimatu?), gdzie indziej buduje ekologiczne osiedla albo pracuje nad technologiami możliwie nieingerującymi w naturę. Jasne, żeby uratować świat, potrzebna jest współpraca wielu różnych inicjatyw na wielu różnych poziomach. Doskonale pokazał to Robinson w Ministry for the Future – ale tam była jednak jakaś myśl przewodnia, a siła tej książki polega między innymi na pokazaniu jak taka kooperacja może wyglądać od strony organizacyjno-politycznej. A u Łuczyńskiego nie wiemy, skąd Projekt się wziął i jakimi metodami działa. Czy to oddolny ruch? Jakaś inicjatywa władz? Efekt współpracy naukowców? Nie wiemy też, jakimi wartościami się kieruje: „sztuka kompromisu i współżycia z siłami natury, jednocześnie uznając ją za równą nam, jak i czyniąc ją sobie podwładną” to oksymoron, który może znaczyć wiele różnych rzeczy. Trudno określić, na czym polegała zmiana, to znaczy dlaczego Projektowi się udało, a innym inicjatywom nie. Czy miał lepsze finansowanie? Większą siłę polityczną? Dostęp do lepszych technologii? Nowatorskie idee? A może coś (narastające skutki zmian klimatu czy coś jeszcze?) doprowadziło do masowego buntu?

Jasne, w SF niedomówienia często są zaletą, a zdradzenie za dużo może zepsuć tekst. Większość solarpunkowych opowiadań nie tłumaczy zresztą dokładnie w jaki sposób świat doszedł do opisywanego stanu, jak działa technologia czy jak funkcjonują instytucje. Ale nie muszą, bo mają swoich bohaterów i ich historie, dla których wielkie zmiany stanowią tło. A w Projekcie Sextus Elementum to właśnie Projekt jest bohaterem, a jego rozwój – fabułą, takie pytania rodzą się więc w naturalny sposób.

Kolejna sprawa (już dotycząca wszystkich trzech tekstów): pod postem o konkursie, zawierającym część z powyższych wniosków pojawił się komentarz stwierdzający, że zwycięskie teksty to tak naprawdę nie solarpunk: brakuje w nich utopii, antykapitalizmu, ekologii (!), rdzennych mieszkańców czy tendencji antyglobalizacyjnych – ogólnie, są za mało punkowe. Trundo mi się nie zgodzić z nim chociaż w części. Wydaje mi się, że opowiadania wciąż mieszczą się w (przynajmniej mojej prywatnej) definicji solarpunka – ale z wymienionymi elementami faktycznie jest słabo. Jak już wspomniałem, optymizm Zmian od podstaw to nie ten solarpunkowy rodzaj optymizmu. Antykapitalizmu nie uświadczymy – co w sumie nie jest dziwne, bo w regulaminie konkursu nie został on wspomniany (przypadek? W końcu mówimy o festiwalu, którego partnerem są Volkswagen i LOT, a nawet warsztaty z zero waste są reklamą korporacji). Z drugiej strony, regulamin mówi o „sygnalizowaniu w utworze potrzeby zmiany społecznej i działań kolektywnych, zamiast uciekania się do działań indywidualnych”, a tego również jest niewiele lub zero (byłoby prościej to ocenić, gdybym wiedział o co chodzi z tym Projektem Sextus Elementum). Buntowniczośći również brak (chyba że końcówka zwycięskiego opowiadania sugeruje, że Projekt jest jakimś rodzajem buntu – ale jej nie zrozumiałem, więc trudno stwierdzić). A utopia? Jest w opowiadaniu Oskara Łuczyńskiego, ale pewnie nie wszyscy będą uznawali ją za wystarczająco ekologiczną (werset o czynieniu sobie ziemi poddaną nie jest raczej lubiany przez ekologów, tym bardziej, im bardziej sprzeciwiają się antropocentryzmowi, a nawet ci chrześcijańscy wskazują, że trzeba go odpowiednio interpretować).

Na koniec – porównajmy zwycięskie teksty z tymi z poprzedniej edycji. Pod pewnymi względami te drugie wypadają lepiej. Przede wszystkim, ich przesłanie jest bardziej solarpunkowe, są w nich te elementy, których w „bombowej” odsłonie brakowało: bunt, kolekytywne działanie, utopia i tak dalej. Przede wszystkim Zbawiciel Niepotrzebny Małgi Kowalskiej wygląda jakby autorka zapoznała się z przynajmniej jedną solarpunkową antologią i stwierdziła: „napiszę coś podobnego”. Ponadto, wizje licealistów są bardziej rozbudowane – co pewnie częściowo wynika z tego że maksymalna długość tekstu w pierwszej edycji była większa, ale myślę że nie tylko. Z kolei tegoroczni zwycięzcy chyba trochę bardziej „eksperymentowali” z formą (to chyba za mocne słowo, bo jednak wciąż dość standardowe chwyty) . Tym niemniej, mam wrażenie że ktokolwiek z laureatów poprzedniej odsłony mógłby napisać tekst, który spokojnie mógłby wygrać przynajmniej z opowiadaniem Aleksandra Gieszcza.

A to nie jest zbyt optymistyczny wniosek dla organizatorów konkursu – skoro w jednym liceum udałoby się znaleźć autorów, którzy byliby w stanie konkurować ze zwycięzcami, to może wspomniane przeze mnie na wstępie problemy przeszkodziły w dotarciu do wielu potencjalnie interesujących twórców?

P.S.: Mam nadzieję że autorzy nie zniechęcą się moją krytyką i będą pisali dalej, tworząc coraz lepszego solarpunka.

P.S.#2: Przy okazji odkryłem tekst Aleksandry Klęczar o solarpunku, napisany w związku z Bombą. Jako przykłady polskich autorek w których twórczości można znaleźć elementy solarpunkowe, wymieniła Karolinę Fedyk i Annę Łagan. O ile o tym, że ta pierwsza ma takie zainteresowania, wiedziałem już wcześniej, o tyle jeśli chodzi o tą drugą, nie miałem o tym pojęcia. Nie wiem jak z jej opowiadaniami (na razie przeczytałem tylko napisaną w zupełnie innej konwencji Wyspę Łosi), ale na pewno napisała tekst o solarpunku w dziesiątym numerze Smokopolitana. Który zresztą został wydany aż pięć lat temu – znaczy się, Anna Łagan siedzi w temacie znacznie dłużej niż ja (o ile dobrze pamiętam, w 2017 dopiero wkręcałem się w kwestie związane z klimatem).

P.S. #3: W następnym odcinku (mam nadzieję że za tydzień, ale wolę niczego nie obiecywać) – wrażenia z samej części kongresowej festiwalu.

P.S. #4: Na fejsbuczku Dziewiętnaście Czwartych zasugerowała interpretację Projektu Sextus Elementum, zgodnie z którą zakończenie mówi o tym że świat tworzony przez Projekt tak naprawdę jest dystopią. Jeśli autor faktycznie miał to na myśli, to opowiadanie to zupełnie nie spełnia założeń konkursu i nie powinno się zakwalifikować, a tym bardziej wygrać. Ja natomiast w ogóle nie pomyślałem o takim odczytaniu, co pokazuje że zupełnie nie wiadomo o co w tym tekście chodzi.

Część 1 – tak ogólnie nieszczególnie

Festiwal, z nazwą zaczerpniętą z książki Lema i organizowany przez „Instytut Polska Przyszłości im. Stanisława Lema” (na fejsbuczku po prostu „Instytut Lema”), w tym roku ma skupić się na klimacie. Podtytuł „Festiwal przyszłości”. Do współpracy organizatorzy zapraszają m.in. aktywistów ekologicznych, a jednym z miejsc w którym się odbywa jest „Dom Utopii”. Zapowiada się wielki dzień dla polskiego climate fiction i solarpunka, prawda?

Niekoniecznie.

Disclaimer: Poniższy wpis (rozbity na trzy części, pozostałe dwie wkrótce) będzie opierał się na pierwszym dniu kongresowej części wydarzenia (bo tylko w nim uczestniczyłem uczestniczyłem) oraz tym, co można wyczytać na stronie festiwalu i mediach społecznościowych, ale myślę że to wystarczy żeby pewne wnioski wyciągnąć.

Dziwny to festiwal. Niby Lem, niby przyszłość, niby fantastyka, ale kiedy tylko pojawiła się lista gości, Michał Stonawski i Marcin Zwierzchowski rozkręcili inbę: nie było tam ani jednego pisarza fantastyki. Dopiero później pojawił się Rafał Kosik, co zwiększyło populację fantastów do 1. Ale to tyle. A przecież autorów wpisujących się w profil festiwalu, przynajmniej taki jakiego można się spodziewać z nazwy (fantastyka + klimat i ekologia) trochę mamy. Cezary Zbierzchowski? Michał Protasiuk? Aleksandra Janusz-Kamińska? Karolina Fedyk? Dawid Juraszek? Już nie mówiąc o mniej znanych osobach, które również piszą ciekawe rzeczy. Kto znalazł się na liście gości zamiast nich?

Ewa Drzyzga i Marcin Prokop*.

Iks de.

Było trochę niefantastycznych pisarzy, część z nich faktycznie poruszających tematy klimatyczne w swojej twórczości. I bardzo dobrze. Ale dlaczego ograniczać się do nich? Podmienić Drzyzgę na Protasiuka albo Fedyk, wyjdzie ciekawiej, bardziej w temacie i pewnie taniej. A jeśli organizatorzy festiwalu brzydzą się fantatstyką, to na cholerę nazywać się „Instytutem Lema”?

Żeby było śmieszniej, W TYM SAMYM CZASIE dział się w Krakowie inny festiwal z nazwą zaczerpniętą z książki Lema: Kongres Futurologiczny (NIE POMYL FESTIWALU). Organizatorem była Polska Fundacja Fantastyki Naukowej, więc, jak można się spodziewać, pisarzy fantastyki zaproszono.

Wisienka na torcie: organizatorzy Kongresu Futurologicznego wytknęli niedawno Instytutowi Lema że nie wspomnieli nic o urodzinach pisarza (które wypadały na krótko po festiwalu) – a to chyba dobra okazja żeby popularyzowąć dorobek swojego patrona, prawda?

Drugi przejaw dziwności tego wydarzenia: zaprosili aktywistów i inne osoby, w których zaangażowanie w sprawie klimatu nie wątpię… a jednocześnie jednym z partnerów był Volkswagen, a jednym z partnerów merytorycznych LOT. No świetnie, róbmy festiwal o klimacie razem ze specami od fałszowania danych na temat emisji zanieczyszczeń oraz linią lotniczą.

Iks. Awruk. De.

Więc w sumie nie dziwne, że greenwashingu było sporo. Przez to opcje dostępne w części warsztatowej (5-9.09, poprzedzającej część kongresową 10-12.09) raczej mnie odstraszały. Nie żeby nie było nic wartego uwagi – była na przykład Szkoła Ekopoetyki (niestety przespałem zapisy, poza tym i tak nie mogłem być w Krakowie 5.09) czy Okrągłe Stoły Klimatyczne (nie mogłem uczestniczyć, bo to wydarzenie zamknięte). Ten o algorytmach i Lemie wyglądał ciekawie, ale akurat termin nie podpasował. Jednak z tego co pozostało, większość warsztatów miała w nazwie jakąś korporację, przez co automatycznie je olałem. Zero waste to zacna idea, ale dlaczego ma mnie obchodzić co na ten temat ma do powiedzenia ING? Owszem, teraz wczytuję się w opisy i wychodzi że zaprosili np. kogoś z Polskiego Stowarzyszenia Zero Waste, więc może jednak unoszenie się lewactwem było błędem. Miło by było jednak, gdyby organizatorzy zaprosili tych ludzi bez wpychania wszędzie reklam (strzelam że honorarium Ewy Drzyzgi wystarczyłoby na kilku fantastów i paru ekspertów od zero waste).

Na 9 warsztatów dla dorosłych, tylko 2 nie były reklamą

Jeszcze jedna wisienka na torcie (nie lubię wiśni, proszę nie psuć nimi tortów): Maciej Kawecki, jeden z ogranizatorów, wrzucił tweeta o tym, że Lem mówił o kryzysie klimatycznym już 51 lat temu, podczas gdy skorumpowani naukowcy w większości milczeli. Co Doskonale Szare skomentowało jako „pierdolenie”, bo pisarz wiedział o zmianach klimatu dlatego że był naukowo oczytany. Rok temu Instytut Lema wrzucił dokładnie tę samą wypowiedź swojego patrona, opatrując ją komentarzem, że ostrzegał on przed globalnym ociepleniem „wbrew lansowanym wtedy przez większość naukowców stanowiskom, jakoby styl naszego życia nie mógł wpłynąć na klimat”. No cóż, kiedy popatrzy się na liczbę prac naukowych na temat zmian klimatu w tamtych czasach, to widać że po pierwsze było ich mało, a po drugie, jednak więcej tych które przewidywały ocieplenie niż ochłodzenie czy brak zmian (na ile się orientuję, wywiad pochodzi z 1970, więc licząc od 1965 do 1970 włącznie mamy 5 prac przewidujących ocieplenie, 1 przewidującą ochłodzenie i 1 przewidującą brak zmian). Skąd więc się wzięła ta „większość naukowców”? Wygląda na to, że Kawecki i jego Instytut rozpowszechniają wypowiedzi zahaczające o denialistyczny mit. Niezbyt dobrze jak na organizatorów festiwalu o klimacie.

Wisienka na wisience (dajcie już spokój z tymi wiśniami) – przed tym, że w internecie każdy może pleść dowolne bzdury ostrzegał właśnie Lem – i to między innymi w „Bombie Megabitowej”. Żeby nie być gołosłownym, oto cytat (za Wikiquotes, bo książki nie mam przy sobie):

Internet to sieć, która nic nie rozumie, jeno informacje przesyła i strony ze sobą łączy, zaś wzrastająca na całym świecie ilość „ekspertów”, którzy chcąc się „wykazać”, produkują mało albo nic niewarte wyniki swoich przemyśleń jako „nowe hipotezy naukowe”, jest tym samym, czym piasek i muł, który z wielkich zbiorników wodnych kieruje się ku turbinom i gdyby nie specjalne urządzenia filtrujące, wnet by wszystkie turbiny „zatkało”. Lecz Internet nie może odróżnić informacyjnego ziarna, którego w nim jest mało, od informacyjnych plew.

Chyba pozostaje pogratulować organizatorom takiego meta-nawiązania do tytułu festiwalu.

Zauważcie, że nie zacząłem jeszcze opisywać swoich wrażeń z samego festiwalu, a już wyszedł mi taki rant. O nich w następnym odcinku... wróć, w następnym będzie o solarpunkowym konkursie literackim, a dopiero w kolejnym o wizycie w Krakowie. Oba będą nieco mniej rantowe niż ten, bo jednak bywały i pozytywne akcenty, co nie znaczy że brakowało negatywnych.

  • – Prokop nie jest na liście gości na obecnej wersji strony

fala

O opowiadaniu „Fala” dowiedziałem się z komentarza samej autorki na facebookowym profilu Mistycyzmu Popkulturowego, a konkretnie pod postem nawiązującym do wideoeseju o solarpunku. Dominika Tarczoń określiła je jako „solarpunkowy horror”. Połączenie wydawało się egzotyczne (bardziej egzotyczny mógłby być chyba tylko „solarpunkowy coachingowy poradnik jak zostać milionerem”), nie omieszkałem więc przeczytać.

Opowiadanie jest dostępne za darmo w antologii zwycięskich prac w konkursie JaSkier, organizowanym przez SkierCon. Jeśli przewinęliście prosto do „Fali” i zastanawiacie się, dlaczego słowo „pierogi” oraz kilka innych jest pogrubione: użycie ich było warunkiem w konkursie.

Tekst Tarczoń jest krótki, ale warty uwagi. Wątek nadnaturalny może i nie nastraszył, skutecznie wprowadził do fabuły element niepokoju. Wydaje mi się, że taka mieszanka gatunkowa to dobra strategia, jeśli chcemy napisać solarpunk, w którym utopia została już osiągnięta, ale z drugiej strony boimy się, że w takim świecie nie uda nam się stworzyć ciekawej fabuły. Więcej, solarpunk w wersji sielsko-kocykowej to chyba (nie znam się na horrorach) dobry punkt wyjścia dla opowieści grozy – bo można tę sielskość z rzeczoną grozą skontrastować. Muszę przyznać, że z takim rozwiązaniem nie spotkałem się w żadnym z dotychczas czytanych solarpunkowych tekstów. Mamy więc polski wkład do rozwoju tego gatunku (może w przyszłości powstanie „polska szkoła solarpunka”?).

Ze względu na długość opowiadania nie ma tu dużo światotwórstwa, ale podobają mi się pomysły takie jak np. program adopcji sierot-uchodźców klimatycznych. Albo zasygnalizowany dosłownie w jednym zdaniu fakt, że „założeniem miasta był jak największy komfort mieszkańców, w obliczu fali chorób psychicznych wśród pokolenia seniorów” – mamy więc starzenie się społeczeństwa (które Andrew Dana Hudson wymienia w tekście „On the Political Dimensions of Solarpunk” jako jeden z trendów które trzeba wziąć pod uwagę przy wyobrażaniu sobie solarpunkowej przyszłości), ale także choroby psychiczne wzmacniane czy wprost wywoływane przez zmiany klimatu (bo częstsze katastrofy oznaczają częstsze PTSD i inne negatywne skutki dla psychiki).

Tylko trochę nie załapałem – skoro Janek jest ofiarą tsunami (a więc katastrofy niezwiązanej z klimatem), to dlaczego trafia do programu dla uchodźców klimatycznych? Chociaż z drugiej strony, dlaczego, „nieklimatyczni” mieliby nie otrzymać pomocy? Zwłaszcza że czynniki „klimatyczne” i „nieklimatyczne” niekoniecznie da się oddzielić. Dany obszar mógł zostać najpierw zniszczony przez zmiany klimatu, ludzie mogli zostać wpędzeni w biedę przez suszę i rosnące ceny żywności, a tsunami mogło tylko dokończyć dzieła zniszczenia – ci, którzy przeżyli, nie mieli żadnych środków na odbudowę domów lub osiedlenie się gdzie indziej. Z trzeciej strony, podnoszenie się poziomu morza oznacza nie tylko powolne, jednostajne znikanie lądu, ale też wyższe wezbrania sztormowe. Z tsunami mechanizm jest podobny, więc w pewnym sensie JEST ono związane z klimatem.

Jak na krótki tekst, z „Fali” można więc całkiem dużo „wyciągnąć”. Oby więcej takich.

Mistycyzm Popkulturowy opublikował niedawno swój ponadgodzinny wideoesej Problemy ze słonecznym optymizmem | Solarpunk. Jak sama nazwa wskazuje, nieco krytyczny, choć była to krytyka bardzo przyjazna i konstruktywna. Misty’emu podoba się idea solarpunka, natomiast trochę gorzej z jej realizacją – wypunktowuje więc niedociągnięcia solarpunkowych tekstów kultury w nadziei na to, że dzięki konstruktywnej krytyce ich poziom artystyczny się podniesie. Zgadzam się z zasadniczą większością tych uwag, także krytycznych. A tam, gdzie się nie zgadzam, zgadzam się z postem Pawła Ngei, który jest odpowiedzią na wideoesej. Zachęcam więc do zajrzenia w pierwszej kolejności do materiału źródłowego, potem do postu Pawła – a tutaj postaram się co najwyżej przytoczyć więcej kontrprzykładów dla dwóch stwierdzeń MistyPopa:

  • solarpunk przedstawia wyłącznie końcowy rezultat pozytywnych przemian społecznych, a więc „nudną utopię”
  • w solarpunkowych światach nie ma konfliktu, a autorom trudno jest znaleźć alternatywny sposób na „wciągnięcie” czytelnika

Na wstępie zaznaczę, że Mistycyzm jak najbardziej ma rację, że jak na ruch, który istnieje od 14 lat (licząc od posta Republic of the Bees), solarpunk jak na razie okazał się niezbyt płodny artystycznie i wytworzył niewiele dobrej literatury (czy innych dzieł kultury). Zgadzam się również z tym, że istnieje dość spory rozdźwięk między teorią (czyli manifestami i innymi tekstami o tym czym solarpunk chce być), a praktyką, czyli tym, czym solarpunkowa literatura i sztuka jest w rzeczywistości. Dotyczy to zarówno ilości („there is more written about solarpunk than the solarpunk fiction istelf” – Sarena Ulibarri), jak i treści – pewne motywy częściej pojawiają się w manifestach niż w twórczości. Ale to nie znaczy, że nie pojawiają się w niej w ogóle.

Ad. 1 – Droga do utopii

Manifesty solarpunkowe mówią wprost, że chodzi nie tylko o wyobrażenie sobie stanu końcowego, ale też wyznaczenie drogi do niego „Solarpunk skupia się na znalezieniu sposobów, by uczynić życie lepszym już teraz, dla nas samych – i co jeszcze ważniejsze – dla przyszłych pokoleń.” – pisze Adam Flynn. „Solarpunk może być bardzo utopijny, tylko trochę optymistyczny, może zajmować się codziennymi problemami napotkanymi na drodze do lepszego świata, ale nigdy nie będzie dystopijny.” – czytamy z kolei w Manifeście Solarpunka (wyszczególnienie moje). A jak z literaturą – bo na tym rodzaju twórczości chcę się tu skupić?

W pierwszej części Glass and Gardens (w drugiej w zasadzie też) faktycznie trochę z tym słabo. Z Solarpunk Summers przychodzi mi do głowy w zasadzie jeden tekst: A Midsummer Night's Heist autorstwa Tales from the EV Studio i Commando Jugendstil, którego akcja w zasadzie mogłaby dziać się dzisiaj.

Na szczęście na tej jednej-dwóch antologii solarpunk się nie kończy. I tak na przykład opowiadanie Le Carre Rouge Claudie Arsenault z e-zina Solarpunk Press, może nie jest wybitne, ale opisuje walkę między buntownikami a establishmentem od samego początku aż do zwycięstwa. W Listopadzie bez Snów Joanny Krystyny Radosz z antologii Tęczowe i fantastyczne (który prywatnie uznaję za solarpunk, ale nie wiem czy autorka się ze mną zgadza), udało się uratować świat od katastrofy klimatycznej, ale to nie znaczy że nie mamy już do czynienia z nierównościami i dyskryminacją. We wspomnianej przez Pawła powieści Walkaway Cory'ego Doctorowa widzimy utopijne społeczności powstające na rubieżach dystopii spod znaku kapitalizmu inwigilacji, powoli zyskujące zwolenników (i wrogów). Z kolei The Ministry for the Future K.S. Robinsona opisuje trwającą kilkadziesiąt lat historię tego jak ludzkość poradziła sobie z katastrofą klimatyczną. Akcja powieści rozpoczyna się w 2025. Po drodze do szczęśliwego końca mamy katastrofy naturalne (w tym falę upałów w Indiach zabijającą kilka milionów ludzi), globalną politykę, rewolucje, zamachy i zabójstwa, ekoterroryzm i migracje klimatyczne. Nie jest to może gotowa recepta na uratowanie świata (Robinson mimo wszystko przyjmuje mocno optymistyczne założenia), tym niemniej to powieść opisująca ścieżkę z punktu A do punktu B. Nie wiem, na ile Robinson i Doctorow identyfikują się z solarpunkiem, ale na pewno wyznają bardzo podobne ideały.

Nie wydaje mi się jednak (choć to subiektywne wrażenie), że takich tekstów jest jakoś strasznie dużo. Szczególnie, brakuje mi czegoś co a) opierałoby się na istniejącej lub jedynie odrobinę podrasowanej technologii (wydaje mi się, że ta z Walkaway jest jednak zbyt odległa, ale nie znam się na drukarkach 3d) b) dotyczyło oddolnych działań małej społeczności, na przykład jakiegoś hackerspace’a czy grupy lokalnych rolników (więc „The Ministry for the Future”, z ONZ i światową polityką, odpada), i c) opowiadało o faktycznym stosowaniu technologii żeby poprawić poziom życia i ograniczyć ślad węglowy (A Midsummer Night’s Heist opisuje protest – oczywiście protesty są ważne, dołącz do Rebelii i w ogóle, ale solarpunkowa technologia nie powinna się ograniczać do ładnych dekoracji na protesty). Glider Ink od Pawła miał spełniać właśnie te założenia, ale jest w trakcie powstawania.

Ad. 2: Konflikty i tym podobne

Tu sytuacja jest podobna. W manifeście Adama Flynna pada zdanie „Solarpunk nawiązuje do do ideału chłopa Jeffersona, swadeshi Gandhiego, jego marszu solnego i innych tradycji nowatorskiego nieposłuszeństwa.” Nie ma sensu odwoływać się do obywatelskiego nieposłuszeństwa, jeśli nie mamy jakiegoś konfliktu z władzami.

A w literaturze: we wszystkich z wymienionych w poprzednim punkcie pozycji mamy jakąś formę konfliktu. W Walkaway osią fabuły jest wyścig między anarchistycznymi hakerami a korporacjami o to kto pierwszy opracuje technologię uploadu umysłu do komputera. Dodatkowo, powieść opisuje także spory (nie tylko intelektualne) między grupami wyznającymi różne wizje utopii. Zaś samo podejście społeczności „walkaways” do ich rozwiązywania jest nieco inne niż nasze (czy może bezpieczniej powiedzieć „moje”, bo być może u anarchistów to już tak wygląda).

W Ministry for the Future, jak już wspomniałem, konfliktów jest dużo, zarówno krwawych, jak i dyplomatycznych. Ponadto, jeden z głównych bohaterów ma PTSD jako jeden z nielicznych ocalałych z tragicznej fali upałów. Scena w której jego perspektywa zderza się z perspektywą drugiej głównej bohaterki – polityczki ONZ, która działa dla klimatu, ale we względnie komfortowych, bezpiecznych warunkach – zostaje w pamięci na długo, bo trudno powiedzieć, że któreś z nich „ma rację” albo wskazać „rozwiązanie”.

Inny przykład: antologia Weight of Light wręcz miała na celu wyobrażenie sobie problemów (w tym napięć społecznych) jakie może generować rozwój energetyki słonecznej. To dość „utylitarna” antologia i ośmielę się powiedzieć, że wartości literackie były w jej wypadku drugorzędne, ale wciąż, ciekawy eksperyment.

Poza tym, optymizm solarpunka jest pewnym ekstremum. Autorzy mogą go potraktować jak końcówkę skali, a samemu zatrzymać się w pół drogi. Trochę w tym duchu utrzymana jest antologia Ecopunk! Speculative Tales of Radical Futures, gdzie mamy zarówno „czysty” solarpunk, jak i pesymistyczne ostrzeżenia przed greenwashingiem (a nawet historię alternatywną z Hitlerem). Podobnie wygląda zbiór Solarpunk: Ecological and Fantastical Stories in a Sustainable World, gdzie utopijne są dosłownie dwa opowiadania (w tym jedna historia alternatywna z Hitlerem) – być może dlatego, że to pierwszy solarpunk wprost nazwany solarpunkiem, więc gatunek ten nie był jeszcze w pełni ukształtowany. Ba, sam popełniłem opowiadanie, które jest w połowie solarpunkowe, a w połowie doomerskie (nie będę się jakoś szczególnie opierał że jest dobre, ale istnieje). Być może w takim „pół-solarpunku” łatwiej stworzyć interesującą fabułę.

A co jeśli nie konflikt o wysoką stawkę? Cóż, może po prostu konflikt o niską stawkę. Albo historia obyczajowa. Tylko że to trzeba umieć napisać. Podobnie jak MistyPopa, solarpunkowe obyczajówki średnio mnie poruszają – ale też nie jest to „mój” rodzaj literatury. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na Holly Schofield, której teksty (przynajmniej te z obu części Glass and Gardens), przynajmniej według mnie, są całkiem udane pod tym względem. A przy okazji, nie są to historie, które równie dobrze można by przekleić w dowolną inną scenografię – starają się powiedzieć coś na temat działania społeczności w „lepszym świecie” i zasad, jakimi się kierują, co wymaga solarpunkowego settingu.

Jest jeszcze inna „bezkonfliktowa” opcja – katastrofy naturalne. Coś, czego za sprawą kryzysu klimatycznego doświadczamy już teraz, więc będziemy doświadczać także w przyszłości. Nawet jeśli nastąpi solarpunkowa rewolucja. Tą drogą idzie część opowiadań z „zimowej” części Glass and Gardens. Jeśli dobrze wykorzystać ten trop, to oprócz oczywistego przekazu „kryzys klimatyczny zabija” będzie też miejsce na inne refleksje. Po mistrzowsku wykorzystała ten motyw Le Guin pokazując jak mieszkańcy Anarres reagują na suszę i głód. A u Robinsona jeden z epizodycznych bohaterów, widząc, jak ludzie organizują się podczas niedoborów wody, stwierdza że „istnieje coś takiego jak społeczeństwo”.

Czasami jednak – trzeba to przyznać – w tworzeniu dobrego opowiadania przeszkadza wspomniana przez Mistycyzm „kocykowość”. Nie mówię przy tym, że jest ona sama w sobie czymś złym. Czasem człowiek ma dość czytania o apokalipsie, dystopii, problemach i traumach. Ale trzeba jej użyć w sposób spójny z ogólnym konceptem tekstu. W Glass and Gardens: Solarpunk Summers jest na przykład opowiadanie o świecie, w którym ludzie zostali nanotechnologicznie zmodyfikowani w taki sposób, że nie mogą ukrywać uczuć – uwidaczniają się one jako kolorowe wzory na skórze. Można było wyciągnąć z tego pomysłu wiele nietrywialnych konsekwencji, jednak autorka poszła w stronę „kocykową”, dzięki czemu przez większość tekstu towarzyszymy głównej postaci w (niezbyt interesujących) próbach znalezienia „swojego koloru”, a dopiero pod koniec okazuje się, czym grozi jego brak.

Swoją drogą słabo idzie solarpunkowym autorom przyciąganie uwagi czytelnika językiem albo kompozycją (o ile jestem w stanie to ocenić, bo być może przy czytaniu w oryginale omijają mnie niuanse). No, chyba że Transfigurium Olgi Tokarczuk podciągnąć pod solarpunk (jest oparte na tym samym pomyśle co jedno z opowiadań z Ecopunka!). Ewentualnie, The Ministry for the Future jest odrobinę eksperymentalne formalnie (trochę przypomina Wszystkich na Zanzibarze Brunnera), ale to tyle. Ale poza tym, szału nie ma.

Tak jak Mistycyzm, chciałbym, żeby kreatywnego, ciekawego, bogatego językowo solarpunka na wysokim poziomie artystycznym było więcej. Niestety, na swojego Gibsona solarpunk chyba musi jeszcze poczekać, i ciężko przewidywać, czy w ogóle się doczeka.

Zdaję sobie sprawę, że wypisując powyższe przykłady wychodzę na nerda, który upiera się, że ten serial absolutnie trzeba obejrzeć, bo ma genialny siedemnasty sezon, ale żeby go zrozumieć trzeba najpierw obejrzeć poprzednie 16, które są nudne. Albo że fabuła tego komiksu tak naprawdę trzyma się kupy, tylko żeby wiedzieć o co chodzi trzeba przeczytać dwadzieścia innych, wydawanych na przestrzeni ostatnich 60 lat, każdy należący do innej serii, a jeden dostępny tylko na eBayu w cenie jednej nerki. Jeśli jakiś motyw pojawia się na tyle rzadko, że robiąc research o solarpunku można w ogóle na niego nie trafić, to sugeruje, że ten gatunek faktycznie ma problem (albo że research był słaby). Zastrzeżenia Mistycyzmu wskazują koleiny, w które solarpunk chyba rzeczywiście często wpada. Tym tekstem chciałem tylko pokazać, że „często” nie oznacza „zawsze”. Zresztą, mogę wypowiadać się tylko na podstawie tego, co przeczytałem. Cały czas ukazują się nowe solarpunkowe antologie. Z każdą kolejną autorzy zyskują więcej doświadczenia, a kolektywne imaginarium się rozbudowuje. Być może więc te nowsze są zwyczajnie lepsze (sam dostrzegam pewien postęp między dwoma częściami Glass and Gardens).

Żeby nie było, nie wszystkie podane przeze mnie przykłady są dobre literacko, tym niemniej Walkaway i Ministry for the Future polecam.

Na koniec chciałbym zachęcić wszystkich piszących do tworzenia solarpunka przełamującego schematy i realizującego idee zawarte w manifestach. Jest okazja, bo Nowa Fantastyka i festiwal „Bomba Megabitowa” ogłosiły niedawno solarpunkowy konkurs literacki. Chociaż zdaję sobie sprawę, że to cholernie trudne.

P.S. Suplement do tekstu Pawła jeśli chodzi o polskiego solarpunka: istnieje antologia „Utopia XXI wieku”, powstała po konkursie literackim „Projekt Utopia”. Z jakiegoś powodu tak zrobili swoją stronę internetową, że na głównej stronie https://projektutopia.pl/ nie ma ŻADNEGO linku do antologii, tym niemniej można ją kupić pod adresem https://sklep.projektutopia.pl/. Na temat jej jakości literackiej wypowiem się jak przeczytam. W dodatku post MistyPopa skomentowała Dominika Tarczoń, która twierdzi, że napisała solarpunkowy horror. Jeszcze się nie zapoznałem, ale tu można go przeczytać

P.S. #2 – „kocykowość” to właśnie to słowo, którego mi brakowało, kiedy pisałem recenzję Glass and Gardens: Solarpunk Summers.

cover

W przypadku zespołów muzycznych często mówi się o „syndromie drugiej płyty”, czyli problemach z dorównaniem debiutowi. W przypadku antologii mających ambicję (współ)stworzyć nowy gatunek fantastyki spodziewam się jednak czegoś odwrotnego – te późniejsze będą dojrzalsze, ciekawsze, głębsze, bo każda kolejna książka powiększa pulę inspiracji dla przyszłych autorów. Nie dziwi mnie więc, że z dylogii Glass and Gardens część pierwsza, zwana Solarpunk Summers spodobała mi się mniej niż druga, czyli Solarpunk Winters (którą zreszta czytałem najpierw – niestety fejsbuk zeżarł mi notatkę z recenzją, kiedyś będę musiał wrzucić ją na tego bloga).

Jeśli wpadnie mi do głowy, żeby niniejszy tekst podlinkować na jakichś fejsbukowych grupach, wskutek czego trafią tu osoby, które nie mają pojęcia o co chodzi z tym solarpunkiem – odsyłam do swojej dawnej notki na ten temat, albo do niedawnego posta na blogu dziewiętnaście czwartych. Ale w skrócie: chodzi o to, żeby użyć fantastyki do poszukiwania dróg wyjścia z kryzysu klimatyczno-ekolgicznego. Czy może trochę szerzej: solarpunk to alternatywa dla popularnych w ostatnich latach dystopii, próba wyobrażenia sobie „lepszego świata” (może totalnej utopii, może po prostu trochę lepszego niż dzisiejszy, a może zupełnie nieprzyjaznego – ale z bohaterami, którzy wciąż próbują wprowadzić jakieś pozytywne zmiany choćby w najbliższym otoczeniu). Przy czym „lepszość” jest określona raczej przez wrażliwość lewicową (na tapecie jest przede wszystkim wspomniany klimat i ekologia, ale także nierówności ekonomiczne, prawa osób LGBT czy ludności rdzennej, anarchizm itd.).

Jak to wyszło w pierwszej części Glass and Gardens? Cóż, żadna z „letnich” wizji nie okazała się tak ciekawa, jak arktyczny festiwal z części „zimowej” (autorem tamtego opowiadania był Andrew Dana Hudson, którego niestety w tej części brak). Nie znaczy jednak, że w zbiorze nie ma wartych uwagi opowiadań. Nie zawiodła Holly Schofield – twórczyni innego z moich ulubionych tekstów z Solarpunk Winters. W The Call of the Wold znów (to może nienajlepsze słowo, biorąc pod uwagę chronologię) skupia się przede wszystkim na ludziach, nie na technologii. Bohaterka – ponad siedemdziesięcioletnia aktywistka – mając dość pracy w fundacji swojego brata, rzuciła ją i wyjechała w Bieszczady do Kolumbii Brytyjskiej, w rejony, gdzie telefony tracą zasięg. Podróżuje, zatrzymując się w rolniczych komunach – i w zamian za wikt i opierunek musi za każdym razem zrobić coś dla gospodarzy, na przykład rozsądzić spór o kurę. Opowiadanie jest napisane z humorem, ma sympatyczną bohaterkę, nie brakuje również poważniejszych refleksji (na przykład jeśli chodzi o miejsce introwertyków w świecie odmieniającym „społeczność” przez wszystkie przypadki, czy o tym że dobra konstrukcja społeczeństwa musi brać pod uwagę liczbę Dunbara; sama bohaterka to natomiast żywy przykład wypalenia aktywistycznego).

Zapamiętałem też Under the Northern Lights Charlotte M. Ray, o wyprawie sterowcem do banku nasion na Svalbardzie (o nim trochę więcej później). Jeśli chodzi o A Field of Sapphires and Sunshine Jaymee Goh, zapomniałem, o co chodziło w głównym wątku, utkwił mi za to w pamięci obraz miliarderów, którzy, kiedy tylko światowy porządek zaczął się sypać, pochowali się w bunkrach. Teraz, w już odbudowanym świecie, są one regularnie odkrywane, wraz z trupami wewnątrz (same schrony to materiał badawczy dla archeologów, natomiast ze zwłokami nie ma za bardzo co zrobić, więc karmi się nimi hodowlane krokodyle). Po Cable Town Delivery M. Lopes da Silvy została mi w głowie bibliotekarka-badass, podróżująca od osady do osady w kroczącym pojeździe (który w razie potrzeby potrafi też latać), oraz wizja wciąż zasiedlonych ruin miasta, gdzie transport pomiędzy pozostałościami po drapaczach chmur odbywa się za pomocą lin (dobra, pewnie nie ma to większego sensu, autorka stawia raczej na widowiskowość niż prawdopodobieństwo). Jest też Midsummer Night’s Heist Commando Jugendstil i Tales from the EV Studio*, o tym jak grupa artystów-hakerów-buntowników próbuje przeszkodzić w organizacji nacjonalistycznego wiecu. Ich plan sytuuje na pograniczu obywatelskiego nieposłuszeństwa, sztuki i technologii, bo chodzi o to, żeby, na placu, na którym rano ma się odbyć wydarzenie, w nocy postawić artystyczną instalację zasilaną energią słoneczną. Podoba mi się taka forma protestu: nie jest wyłącznie symboliczna (chodzi o to, żeby faktycznie zablokować wiec), ale jest dziełem sztuki (spoiler: na tyle udanym artystycznie, że mieszkańcy chcą, żeby już tam zostało).

A skoro już mówimy o polityce… warto wspomnieć, że teksty różnią się poziomem jej zawartości. Solarpunk zawsze będzie polityczny, bo dotyka kwestii organizacji społeczeństwa (nie da się tego przeskoczyć pisząc o radzeniu sobie ze zmianami klimatu, chyba że wybierzemy mało prawdopodobną opcję w której cudowny wynalazek załatwia sprawę). Ale możemy mieć albo taki A Midsummer Night’s Heist, gdzie chodzi o przeciwstawienie się wyznawcom konkretnej ideologii (i jest to głównym tematem), albo Women of the White Water Helen Kenwrigtht, w którym nie tylko nikt nie rozmawia o polityce, ale też nie wiadomo w zasadzie nic o tym, czy w tytułowej dolinie White Water występuje jakakolwiek władza, jak podejmuje się decyzje, rozdziela obowiązki, wymienia dobra itd.

Podobnie, różny bywa poziom antykapitalizmu. Niby Solarpunk Is Not About Pretty Aesthetics. It's About the End of Capitalism, ale w The Spider and the Stars D. K. Mok akcja toczy się wokół wystawy/konkursu dla „innowatorów, wizjonerów, wynalazców, przedsiębiorców i aktywistów” – gdzie ci, którzy mają pomysły, mogą spotkać się z tymi, którzy mogą je sfinansować. Jakaś forma kapitalizmu więc istnieje. Nawet w pozornie radykalnym Fields of Sapphires and Sunshine (to to ze zwłokami milionerów rzucanymi krokodylom), pewne rzeczy (jak latanie samolotem) stały się moralnie nieakceptowalne, jednak ludzie wciąż mają swoje przedsiębiorstwa i biznesy. Oczywiście, to, że autor umieszcza daną rzecz/zjawisko w stworzonym przez siebie świecie nie oznacza jeszcze, że mu się ona podoba. Poza tym, kapitalizm kapitalizmowi nierówny, i jeśli liczycie na korwinistyczny solarpunk, w którym zamknięcie ZUSu spowoduje rozkwit ekologicznej przedsiębiorczości i zatrzymanie zmian klimatu, to możecie się zawieść. Tym niemniej, przed otwarciem książki nie trzeba okazać karty lewaka (może więc niektóre opowiadania z Solarpunk Summers mogą stanowić „gateway drug” do Prawdziwie Lewackiej Literatury – najpierw czytacie sobie Women of White Water, a potem chcecie więcej i sięgacie po Wydziedziczonych Le Guin czy Walkaway Doctorowa i już sączy się wam do głów indoktrynacja [laughs in Reptilian]).

Wspomniałem, że wrócę do Under the Northern Lights, bo powód, dla którego jedna z bohaterek wybiera się na Svalbard, jest dość niespodziewany. Nie chodzi bynajmniej o nasiona kluczowe dla przetrwania, o nie. Chodzi o ciasto truskawkowe.

Dosłownie. Wspomniana bohaterka chciała zrobić swojej przyjaciółce na urodziny ciasto truskawkowe, ale w jej stronach truskawki są jakieś wodniste i bez smaku. Rozwiązanie? Pod kierunkiem kieszonkowej SI przerobić kampera na sterowiec i wybrać się do Svalbard Global Seed Vault, gdzie – przynajmniej taką ma nadzieję – przechowywane są nasiona tych prawdziwych, smacznych truskawek. Nie powiem, jeśli ludzie mają takie problemy, to bez wątpienia jest to świat duuużo lepszy od naszego.

Zastanawiając się nad tym tekstem, wymyśliłem sobie rozróżnienie na utopię i sielankę. Przy czym, nie mam tu na myśli „prawdziwych”, literaturoznawczych definicji, ale własne, stworzone na potrzeby tego wpisu. Utopia polegałaby tu na próbach dokładnego opisania, jak działa idealne społeczeństwo (załóżmy dla uproszczenia, że czytelnik i autor wyznają te same wartości, więc nie ma problemu z definicją „ideału”). Natomiast sielanka/idylla oznaczałaby, że problemy, z jakimi mierzą się bohaterowie (czy szerzej, mieszkańcy opisanego świata), są, z naszego punktu widzenia, błahe (załóżmy dla uproszczenia, że mamy jasną definicję „poważnych problemów”). Osie, na których oznaczalibyśmy „stopień utopijności” i „stopień sielankowości” są z grubsza niezależne. Możemy mieć niesielankową utopię (jakby nie patrzeć, samo uratowanie świata przed zmianami klimatu to cholernie trudne zadanie), jak i nieutopijną sielankę (wszyscy są szczęśliwi, ale nie mamy ani grama informacji o tym jak ten stan został osiągnięty).

Solarpunk jako ruch nie ma na celu wyłącznie tworzenie dobrej literatury. Jego ambicją jest zmienić świat (jakkolwiek wzniośle to brzmi). Rola utopii w tym procesie jest dość jasna: jeśli chcielibyśmy zupełnie przeprojektować społeczeństwo, to zanim zaczniemy eksperymentować z naszymi nowymi rozwiązaniami na żywych ludziach, może warto zacząć od przetestowania ich w wyobraźni. Ale po co nam w takim razie sielanki?

No cóż, być może zanim jeszcze zabierzemy się za wymyślanie utopii, potrzebujemy zadać sobie pytanie**: czego tak właściwie chcemy? Co jest naszym ideałem? Do tego sielanka nadaje się w sam raz. A kiedy już mamy taką wizję (np. chcielibyśmy świata, w którym nikt nie musi pracować), możemy się zastanowić, czy jest ona w ogóle możliwa do spełnienia (np. czy jest logicznie spójna i zgodna z prawami fizyki), a jeśli tak, to jak ją osiągnąć. Jakich potrzebujemy technologii i zmian w społeczeństwie (np.: co musi zostać zautomatyzowane? Do kogo powinny należeć maszyny? Jak powinno się nimi zarządzać?)?. Jakie skutki uboczne może to wywołać (np. do automatyzacji potrzebne są surowce i energia, co może mieć negatywne skutki dla środowiska)?

Z drugiej strony, nawet jeśli zdecydujemy się nie rozwijać sielanki w utopię, czysty eskapizm też czasami się przydaje, bo, patrząc na dzisiejszą rzeczywistość, zdecydowanie jest od czego uciekać.

Z trzeciej strony, jakoś utarło się w naszym języku, że „prawdziwe życie” jest wtedy, kiedy się dużo cierpi (a najlepiej jeśli jest nas jedenastu i mieszkamy w jeziorze). Ale może warto postawić to na głowie: prawdziwe życie jest właśnie wtedy, kiedy największym problemem jest ciasto truskawkowe. Nie praca, nie przetrwanie, nie wypełnianie PITa, nie aktywizm klimatyczny (o ile przyjemniej by było, gdyby nie wisiało nad nami widm globalnego kryzysu...). Ciasto truskawkowe. Albo obraz, który zamierzam namalować. Albo jakieś niezbadane dotąd zagadnienie z mechaniki kwantowej. Albo przyjaźń. Tak byśmy chcieli żyć. Tak żylibyśmy, gdyby nie… no właśnie? Obecny poziom rozwoju technologii? System polityczno-ekonomiczny? Konkretne decyzje konkretnych ludzi?

Może warto czasem stać się „roszczeniowym gówniarzem”? W zestawieniu z sielankowymi wizjami, dzisiejszy świat wydaje się jeszcze gorszym miejscem. Jeśli mamy gdzieś z tyłu głowy koncepcję W Pełni Zautomatyzowanego Luksusowego Komunizmu, przesuwanie tabelek w Excelu przez osiem godzin dziennie trudno nam już nazwać „samorealizacją”, a wybór między marną pracą a bezrobociem „wolnością”. Taki kontrast może zachęcić czytelnika do podjęcia jakichś, choćby drobnych, działań zmierzających do „zmiany systemu” (jak na przykład zaangażowanie się w jakąś formę aktywizmu).

Pozostaje jednak kwestia: czy sielanka może się w ogóle udać literacko? Czy jej fabuła może być wciągająca? To pytanie można postawić wręcz na poziomie metafizycznym: czy dobro samo w sobie musi być nudne? Czy staje się ciekawe jedynie wtedy, kiedy wchodzi w konflikt ze złem? Albo inaczej: czy raj jest możliwy? Może nawet chrzanić fizykę, w końcu w zaświatach mogą obowiązywać inne prawa przyrody – ale czy raj jest możliwy logicznie? W końcu, jeśli życie w nim miałoby być nudne, to trudno nazwać go miejscem wiecznego szczęścia.

Sprawdźmy empirycznie – czy sielanki z Solarpunk Summers są wciągające? Under the Northern Lights uważam za tekst całkiem udany. Aczkolwiek można uznać, że nie jest to jeszcze najwyższy stopień idylliczności, skoro fabułę napędza wyprawa na Svalbard, mimo wszystko dość niebezpieczna – już w pierwszej scenie sterowiec musi lądować awaryjnie na środku jeziora. No dobra, jest jeszcze wątek miłosny, który poszedł w pełną sielankowość, bo przed bohaterami nie staje dosłownie żadna trudność – ale imho sam w sobie nie byłby w stanie uciągnąć tego opowiadania.

Innym tekstem trącącym sielanką było Camping with a City Boy Jerri Jerreat – mnie akurat wydało się mało zajmujące, ale podobało się dziewiętnastu czwartym (tak to się odmienia?). Pewnie kwestia gustu – może po prostu nie ruszają mnie w tej chwili perypetie uczuciowe nastolatków.

Kolejną propozycję, Women of White Water, sielanką wydała mi się z początku – pewnie dlatego, że znów mamy tu perypetie uczuciowe nastolatków (łączę się w bólu z główną bohaterką). Ale to po prostu obyczajówka, oczywiście w fantastycznym settingu – próba samobójcza nie kojarzy się raczej z idyllą. Co jednak nie zmienia faktu, że opowiadanie mi nie podeszło (może dlatego, że prawie cała dramaturgia została skoncentrowana w ostatniej scenie).

Nie jest sielanką także Watch out, Red Crusher Shel Graves, choć również początkowo sprawia takie wrażenie. Akcja opowiadania dzieje się w świecie, w którym ludzie żyją w symbiozie z nanorobotami, pozwalającymi im czerpać energię bezpośrednio ze światła słonecznego. Efektem ubocznym jest to, że nie da się ukryć swoich uczuć – skóra przybiera kolory zależne od aktualnego nastroju. Niestety, fabuła kręci się wokół młodego bohatera szukającego swojego „prawdziwego koloru”. Przez prawie całe opowiadanie wydaje się to kwestią dość abstrakcyjną, czymś, czym trudno mi było się przejąć, w stylu szukania odpowiednich truskawek na ciasto. Pod koniec okazuje się, że niekoniecznie, konkluzja jest dość ponura, raczej pokazująca jak NIE dążyć do utopii. Tym niemniej uważam, że autorka wymyśliła setting ze sporym potencjałem (wymuszenie szczerości może mieć interesujące konsekwencje, patrz Betazoidzi ze „Star Treka”), a następnie ten potencjał koncertowo zmarnowała.

Ciekawym przypadkiem jest też Riot of Wind and Sun Jennifer Lee Rossman. Opowiadanie dzieje się w miejscu niezbyt sielankowym (w jakiejś zapomnianej przez kartografów osadzie, ukrytej przed slońcem w opuszczonej kopalni, pośrodku pustkowia w nękanej zmianami klimatu Australii). Motorem napędowym fabuły są wysiłki mieszkańców, żeby umieścić wioskę na mapach. Co oczywiście miałoby różnorakie pozytywne skutki dla jej mieszkańców, ale głównej bohaterce zależy przede wszystkim na tym, żeby pewien zespół przyjechał tam i zagrał koncert – i tą motywacją jakoś trudno mi było się przejąć.

Ostatecznie, za idyllę można by też z początku uznać The Call of the Wold – spór o kurę z początku nie wydaje się zbyt poważny. Ale w dalszej części opowiadania na pierwszy plan wysuwają się kwestie fundamentalne dla przetrwania komuny – znów, raczej ciężko mówić o beztrosce.

Jeśli miałbym te przykłady jakoś podsumować, to chyba tak, że stworzenie interesującej sielanki nie jest może niemożliwe (fakt, że Under the Northern Lights było całkiem udane, sugeruje że da się***), ale na pewno jest trudne. Więcej: zakładając różowe okulary, autor może schrzanić dobrze zapowiadające się opwiadanie, jeśli ów optymizm nie pasuje do wyjściowej koncepcji (aczkolwiek może ulegam tu pewnemu złudzeniu: jeśli tekst jest nieciekawy, z miejsca uznaję że trudności stojące przed bohaterami „to nie są poważne problemy” i klasyfikuję go jako idyllę).

Być może zresztą trudności te wynikają z ograniczeń samej formy opowiadania/powieści SF. Możliwe, że jeśli chcemy opisać życie naprawdę szczęśliwe, musimy zwrócić się ku prozie bardziej awangardowej. Albo nawet ku poezji. W sumie, The Heavenly Dreams of Mechanical Trees Wendy Nikel było troszkę poetyckie. Guglając hasło „solarpunk poetry” znalazłem m.in. nabór do jakiejś solarpunkowej antologii, gdzie przyjmują i prozę, i poezję, więc może coś jest na rzeczy.

Tak czy inaczej, same sielanki świata nie uratują. Ich nadmiar może wręcz szkodzić. Zwłaszcza nadmiar złych sielanek, który może na przykład ugruntować stereotyp, że utopie są nudne, i wywoływać wrażenie, że solarpunkowcy nie traktują zmian klimatu i innych współczesnych problemów poważne. Dobrze więc, że w Solarpunk Summers znalazły się teksty takie jak A Midsummer Night’s Heist, Grow, Give, Repeat czy The Spider and the Stars, w których autorzy nie odchodzą aż tak od naszej rzeczywistości, i zastanawiają się jak zmieniać świat, a nie tylko na jaki. Chciałoby się zobaczyć więcej konkretów… ale to tylko pierwsza część, takie rzeczy można wybaczyć.

Jednakowoż, jak zdążyłem wspomnieć we wstępie, „solarpunkowe lata” wypadają gorzej niż „zimy”. Jeśli to ma być Wasze pierwsze zetknięcie z tym gatunkiem – wybierzcie raczej „winters”. Albo Wydziedziczonych, Walkaway. Tudzież antologię Ecopunk pod redakcją Cat Sparks i Liz Grzyb – ale o niej w następnym odcinku (nie obiecuję, że wkrótce).

*– to jest spółka autorska dwóch kolektywów, wygląda więc na to, że nad tym tekstem pracowała spora grupa osób. Żeby było śmieszniej, grupa buntowników w opowiadaniu nazywa się również Commando Jugendstil, więc wychodzi na to, że piszą o samych sobie w przyszłości.

**– imho solarpunka można tworzyć na dwa sposoby (które oczywiście można ze sobą mieszać w różnych stężeniach): albo wyobrażamy sobie punkt docelowy i zastanawiamy się jak tam dotrzeć, albo bierzemy dzisiejszą rzeczywistość (tudzież przyszłą rzeczywistość pesymistycznie ekstrapolowaną z dzisiejszej), i zastanawiamy się, jakie jej elementy możemy zmienić na lepsze. W tym drugim wariancie sielanka nie jest do niczego potrzebna.

***– Nawet w raju może być miejsce na poszukiwania naukowe, filozoficzne, artystyczne wypływające z czystej potrzeby serca, na współzawodnictwo dla samego sportu, na relacje międzyludzkie, które zawsze będą skomplikowane. Czy nie jest to niewyczerpany zasób interesujących historii? Napisanie czegoś takiego powinno więc być możliwe, aczkolwiek może wymaga naprawdę wyjątkowego kunsztu literackiego.

lafferty

Nie lubię samochodów („Greg Hates Car Culture” by Venetian Snares playing in the background, a zaraz potem w playliście są Radiogłowi z „Killer Cars”). Szczerze mówiąc, nie lubiłem ich już na długo przed tym, jak zainteresowałem się zmianami klimatu. Pewnie dlatego, że nigdy nie nauczyłem się ich dobrze prowadzić (mimo posiadania prawa jazdy). A sama idea podróży, podczas której muszę przez cały czas utrzymywać uwagę na najwyższym poziomie żeby przypadkiem kogoś nie zabić (zamiast np. spokojnie poczytać sobie książkę w autobusie), wydaje mi się absurdalna. Więc, kiedy tylko przeczytałem recenzję (względnie) świeżo wydanego zbioru „najlepszych opowiadań” Lafferty’ego, wziąłem się za czytanie przy najbliższej możliwej okazji. A to dlatego, że recenzja wspominała o tekście „Królowa międzymiastowa”, mającym przedstawiać alternatywną historię Stanów Zjednoczonych, które w kluczowym momencie postawiły na rozwój kolei zamiast transportu samochodowego.

Opowiadania Lafferty’ego (przynajmniej te zebrane w zbiorze) są krótkie i treściwe. Autor wydaje się mistrzem kompresji literatury, pozbywania się nieistotnych fragmentów, aby wyizolować to, co najważniejsze. Efektem nie jest jednak ciężka, gęsta proza jak np. Dukaja (no dobra, Dukaj akurat nie jest mistrzem skracania tekstów, ale chodzi o ilość pomysłów na centymetr kwadratowy strony). Lafferty dokonuje owej kompresji z taką lekkością, że – w połączeniu z jego specyficznym humorem – rezultatem jest nonszalancka, przewrotna, pozornie chaotyczna twórczość utrzymana w absurdalnym klimacie, czasem wkraczająca na terytorium satyry (co nie znaczy, że autor „Królowej międzymiastowej” nie potrafi napisać utworu prawdziwie smutnego – patrz „Podróż w blaszanej puszce”). Zdecydowanie nie jest to hard SF, a ktoś w którymś wstępie (bo każde z „Najlepszych opowiadań” poprzedzone jest wstępem jakiegoś Gaimana czy innego Ellisona) ktoś nazwał je „fantastyką antynaukową”. Nie ma więc co oczekiwać, że dostaniemy realistyczną historię alternatywną.

Tym niemniej, „Królowa międzymiastowa” pozwala zakwestionować oczywistość, jaką wydają się samochody, i ich miejsce w kulturze [1] (i dziś, i 50 lat temu, kiedy opowiadanie było pisane). W momencie, w którym rodził się przemysł motoryzacyjny, jego sukces (przynajmniej w wizji Lafferty’ego) nie był taki pewny. Zapytuję się ciebie, chłopcze, ile krów przewieziesz automobilem? Albo nawet tą tak zwaną lorą ciężarową? – mówi pewien farmer. „Odkręcenie” podjętej wtedy decyzji jest dziś trudne, bo środki transportu i infrastruktura tworzą pętlę sprzężenia zwrotnego. Miasta projektowane są pod samochody, samochody są kupowane, bo inaczej nie da się korzystać z miast (ani do nich dojechać). Dlatego też w alternatywnej wizji Lafferty’ego infrastruktura wygląda zupełnie inaczej – miast w zasadzie nie ma, poza „miastami turystycznymi” z historyczną starówką – zamiast tego mamy bardziej równomiernie zagęszczone „quasiurbia”. Świat wygląda jak postwzrostowa utopia, oparta na lokalności… ale utopią nie jest. To by było za mało przewrotne.

Samochody mają pewną dziwną właściwość: w momencie, kiedy człowiek (nawet taki na codzień spokojny i uprzejmy) coś przestawia się w jego umyśle, i przy pierwszej okazji zaczyna się wściekać i wyzywać innych kierowców. Podobna agresja zdaje się nie występować u pieszych ani pasażerów tramwajów. Podejrzewam, że wyjaśnienie jest całkiem proste – raz, że nie ma opcji, żeby te tysiące czy miliony ludzi siedząc w samochodach utrzymywały przez cały czas najwyższy poziom uwagi i nie popełniały błędów, dwa, możliwe błędy są bardziej konfliktogenne, i trzy, kierowcy nie słyszą się nawzajem, więc czują się bezpieczniej rzucając wyzwiska (nie jest to zresztą zjawisko występujące wyłącznie wśród kierowców – istnieje też wszak „bike rage”). Lafferty zauważa ten efekt, i choć tłumaczy go inaczej, to ten fragment był miodem na moje uszy:

Wyobraź sobie człowieka na koniu (ja większość życia spędziłem na koniu). W zasadzie to dobry człowiek, ale kiedy wsiada na konia, coś się w nim zmienia. Jako jeździec robi się arogancki, choćby był nie wiem jak skromny jako pieszy. Widzę to po sobie, widzę po innych. Koń był niezbędny w swoim czasie, a ten czas się teraz kończy. Człowiek na koniu zawsze był bardzo niebezpieczny. Ale wierz mi: człowiek w automobilu jest tysiąc razy groźniejszy. Najłagodniejsza osoba na świecie nabiera niewiarygodnej arogancji przy prowadzeniu automobilu, a to się jeszcze pogorszy, jeśli pozwolimy automobilom się rozwinąć i nabrać większej mocy. Jedno ci powiem: jeśli jazda automobilami się upowszechni, egoizm ludzkości sięgnie absolutnych szczytów. Ludzkość zbrutalizuje się jak nigdy wcześniej.

Był miodem na moje uszy, przez tą krótką chwilę, zanim dowiedziałem się, jakie konsekwencje Lafferty wyprowadził z tej wypowiedzi. Ale nie spoileruję.

Ale gdyby tak zatrzymać się w połowie drogi, wziąć z wizji Lafferty’ego tylko to, co dobre? I komu by to przeszkadzało?

P.S. A tak poza tym to polecam również pozostałe opowiadania. Macie tu „Nudną, wtorkową noc” na zachętę.

[1] Bo, przyznajmy, spośród wszystkich użytecznych urządzeń z jakiegoś powodu samochód ma w kulturze miejsce szczególne, porównywalne chyba tylko z komputerem/smartfonem. Czy są tu fanatycy zmywarek, lodówek, odkurzaczy i innych zwykłych maszyn i urządzeń codziennego użytku ułatwiających życie którzy z faktu użytkowania takowych czerpią poczucie tożsamości czy to tylko z samochodami tak jest? – pytał ostatnio jakiś random na Twitterze.

Czy raczej: żodne. Dokładnie tyle opowiadań w rzeczonej antologii zajęło się, w jakikolwiek sposób największym wyzwaniem współczesnej cywilizacji (czytaj: zmianami klimatu).

No dobra, przy życzliwej interpretacji jedno — The Buried Giant Laviego Tidhara, które dzieje się po nieokreślonej apokalipsie — są zatopione miasta, ale są i gigantyczne, polujące na ludzi roboty. I które notabene jest dobrym tekstem, łączącym postapo, motyw a la Truman Show oraz konwencję baśni/mitu.

Tak jeszcze z okołoekologicznych tematów, to krytykom obecnego systemu ekonomicznego pewnie spodoba się How to identify an alien shark Beth Goder — krótka i (przynajmniej dla mnie) dość zabawna satyra na ekonomistów. W ziemskich oceanach zalęgły się dosłowne rekiny biznesu, czytaj: rekiny-ekonomiści z kosmosu (wcale nie zmiennokształtne, to tylko teoria spiskowa). I domagają się prywatyzacji oceanów.

A wegetarianom i weganom (ale nie tylko) polecam The Donner Party — alternatywną historię, w której raz do roku angielska arystokracja lubi sobie zjeść „ensouled flesh” — tzn. ludzkie mięsko. Oczywiście jest to zwyczaj uświęcony tradycją i religią. Pojawia się co prawda postać pisarza, który zastanawia się, czy to aby na pewno etyczne — ale to tylko teoretyczne rozważania, bo jakże to, rezygnować z takiego przysmaku. Tekst jest dobrze skonstruowany fabularnie, a puenta robi odpowiednie wrażenie. A tak swoją drogą — co nie było dla mnie oczywiste — tytuł jest aluzją do przypadku kanibalizmu wśród amerykańskich osadników.

I to tyle. Liczyłem na zastrzyk świeżych pomysłów, nowatorskiego podejścia do ekologicznych tematów (btw dopiero pisząc ten tekst zorientowałem się że „2019” w tytule jest dla zmyłki, bo opowiadania są z 2018) — a tu nic. Na tym w zasadzie mógłbym zakończyć.

Ale skoro już przeczytałem, to podzielę się dalszymi wrażeniami. Dobra — mógłbym sobie powiedzieć — kryzys klimatyczny i ekologiczny to, mimo wszystko, nie jedyny problem ludzkości. Czy więc znajdziemy tu rozważania nad sztuczną inteligencją, inwigilacją w dobie data science, sieciami społecznościowymi, konsekwencjami nowych technologii? Ekstrapolację istniejących trendów społecznych?

Prawie w ogóle. Szczerze mówiąc, nie pamiętam z tej antologii żadnej bliskozasięgowej SF (może Dayenu Jamesa Sallisa — ale o czym to w ogóle było?). Co więcej, miałem wrażenie, że przynajmniej jeśli chodzi o SF, nie było tam zbyt wiele nowych pomysłów. Czytałem dwie podobne antologie — The Year's Best Science Fiction: Thirty-Second Annual Collection Dozoisa (tylko SF) i The Best Science Fiction and Fantasy of the Year, Vol. 12 Strahana (SF i fantasy). Ta od Dozoisa oszołomiła mnie bogactwem pomysłów i tematów. Ta od Strahana może nie aż oszołomiła, ale wciąż była solidną dawką różnorodnych, nowatorskich, ciekawych wizji. W porównaniu do nich antologia Hortona wypada słabo. Czy to kwestia redaktora, czy po prostu taki słaby rok?

Przy czym — zaznaczam — chodzi mi o oryginalność i o ekstrapolacyjny wymiar tych tekstów. Bo literacko stoją one na niezłym poziomie. Nie znaczy to też, że są to teksty zupełnie pozbawione ciekawych pomysłów — nie, trochę ich się znajdzie, po prostu po najlepszych opowiadaniach roku oczekiwałem większego ich stężenia. Oraz tego, żeby faktycznie brzmiały jakby napisano je w 2019 (dobra, 2018) — bo niektóre równie dobrze mogłyby powstać dekady temu (patrzę na was, Carouseling Richa Larsona i Umbernight Carolyn Ives Gilman).

Najbardziej zapamiętały mi się (pomijając te już wymienione):

  • A Witch’s Guide To Escape: A Practical Compendium of Portal Fantasies — możecie je przeczytać po polsku w którejś NF. Opowiadanie o tym, że eskapizm czasem jest dobry. I o wiedźmach-bibliotekarkach. Polecam (za coś dostało tą nagrodę Hugo i nominację do Nebuli), ale szczerze mówiąc nie wpłynęło na moje ogólne wrażenie z antologii, bo czytałem je już wcześniej i teraz pominąłem.
  • Bubble and Squeak Davida Gerrolda i Ctein — para kaskaderów filmowych ucieka przed megatsunami mającym zalać Los Angeles. Kojarzyło mi się z Marsjaninem w tym sensie, że tekst wydaje się mocno realistyczny, i że dużo jest w nim rozkminiania tego, jak przetrwać, biorąc pod uwagę fizykę i ludzką biologię.
  • The Starship and the Temple Cat Yoona Ha-Lee — fantasy w kosmosie, występują bitewne okręty pożerające całe układy słoneczne oraz duchy, w tym duch rzeczonego kota.
  • Jump Caldwella Turnbulla — jest taka kategoria tekstów, którą lubię, gdzie element fantastyczny jest drobny i służy do podkreślenia czegoś, najczęściej jakiejś sytuacji emocjonalnej. która równie dobrze mogłaby się zdarzyć bez niego. To jeden z nich. To także jeden z tych opowiadań które mogłyby powstać kilka dekad temu — ale jednak pomysł spodobał mi się na tyle, że warto o nim tu wspomnieć.
  • The Court Magician Sarah Pinkser – bardzo smutny tekst, imho niezłe rozwinięcie koncepcji magii, w której każde zaklęcie ma swoją cenę. Ale ja się nie znam na fantasy, może to już gdzieś było.
  • Intervention Kelly Robson — czyli żłobek w kosmosie. Przy czym “żłobek” jest tutaj instytucją która “produkuje” gotowych, dorosłych obywateli – tzn. zajmuje się całym procesem wychowania, aż do 18. roku życia. Dość interesujący pomysł na strukturę społeczną, która może zastąpić rodzinę, no i, przyznajmy, ile mamy SF, w których na kosmos patrzymy przez pryzmat rodzicielstwa?
  • The Persistence of Blood Juliette Wade — feminizm i walka o prawo do antykoncepcji w settingu cholera-wie-czy-fantasy-czy-sf-na-jakiejś-dziwnej-planecie, gdzie kultura wymaga od kobiet rodzenia tak wielu dzieci jak tylko się da, żeby zatrzymać spadek populacji. Teksty pokazujące ufantastycznioną wersję są oczywiście potrzebne. Ten dostał chyba rykoszetem przy pierwszym wrażeniu (jako że patrzy nie w przyszłość, a w przeszłość/teraźniejszość), ale ostatecznie był całkiem niezły. Tylko trochę przydługawy.
  • The unnecessary parts of the story Adama Troy-Castaro — beka ze Star Treka, pokazująca, że gdyby obcy pasożyt z kosmosu naprawdę chciał być niebezpieczny, zdecydowanie nie trzymałby się filmowo-serialowych konwencji. A może właśnie trzymałby się, wykorzystując je na własną korzyść? Opowiadanie, które w zasadzie równie dobrze można by uznać za felieton, ale czy to źle?
  • Grace’s Family Jamesa Patricka Kelly’ego – świat, w którym sztuczne inteligencje prowadzą program badania kosmosu, ale statki wciąż posiadają niewielkie ludzkie załogi. Podobał mi się motyw, że załogi mogą funkcjonować jako rodziny czy związki — to tylko konstrukty społeczne, które załoga dobiera sobie tak, jak jej pasuje żeby działać jak najefektywniej. Ale tą samą ideę można było opisać krócej.
  • Było jeszcze Firelight Le Guin, opowiadanie o śmierci Geda z „Ziemiomorza”, ale pewnie doceniłbym je bardziej, gdybym przeczytał cały cykl, a nie tylko pierwszą część.

Po wszystkim, przejrzałem sobie spis treści The Best Science Fiction and Fantasy of the Year Vol. 13 pod redakcją Jonathana Strahana. Poza niektórymi tekstami, które pokrywają się ze zbiorem Hortona, mamy na przykład kilka znanych mi już z „Nowej Fantastyki”: GSZeSia (Widdam) Vandany Singh, Golgotę Dave'a Hutchinsona (oba poruszające wątki ekologiczne wprost) czy OK, Glorio Elizabeth Bear (bliskozasięgowe SF o sztucznej inteligencji).

Czyli wychodzi na to, że powinenem po prostu omjać antologie Hortona. Niestety na Scribdzie nie ma za bardzo Strahana. Jest za to Clarke (Neil, nie Arthur C.), zorientowany tylko na SF – spróbujemy, zobaczymy.

...czyli ekologiczne motywy w niedawnych numerach “Nowej Fantastyki”.

Powyższy fragment pochodzi z opowiadania GSZeŚ Vandany Singh z numeru październikowego. Tytułowy GSZeŚ wydaje się na pierwszy rzut oka jakimś metafizycznym bytem, wizją paranoika, która, jak u Dicka, okazuje się prawdziwa. Czymś, co w pewnym nieopublikowanym opowiadaniu nazwałem Lewiatanem albo Molochem, ale przyznajcie że GSZeŚ to bardziej urocza nazwa.

Ale tak naprawdę chodzi o coś bardziej namacalnego. Opowiadanie stawia pytanie: co jeśli sztuczne inteligencje odziedziczą po nas chciwość, nienasycenie i dążenie do nieograniczonego wzrostu? Co jeśli wzmocnią one dewastację przyrody do poziomu niedostępnego ludziom? W końcu już dziedziczą po nas rasizm. Aczkolwiek w GSZeSiu mowa o dziedziczeniu w pełni zamierzonym, wynikającym po prostu z modelu biznesowego.

Wydaje mi się, że o takiej wizji kryzysu ekologicznego nikt dotychczas nie pomyślał (przynajmniej w literaturze, którą znam). Vandanę Singh poznałem dzięki opowiadaniu Entanglement z antologii Hieroglyph: Stories and Visions for Better Future, przedstawiającego ciekawą wizję walki ze zmianami klimatu, a GSZeSiem potwierdza, że potrafi spojrzeć na ten temat z nieoczywistych punktów widzenia.

Z kolei w listopadowym “tęczowym” numerze mieliśmy “Księgarnię na końcu Ameryki” Charlie Jane Anders. Opowiadanie, które ma w tle wojnę o wodę między niepodległą Kalifornią a resztą Stanów Zjednoczonych. Secesja Kaliforni symbolizuje podziały w amerykańskim społeczeństwie – ów niezależny stan jest postępowy, technokratyczny (do tego stopnia, że mieszkańcy mają wszczepy do łączenia się z rządzącym umysłem-rojem), a (pozostała) Ameryka jest raczej konserwatywna. Opowiadanie mimo wszystko ma pozytywne przesłanie, pokazujące siłę literatury (a ściślej – rozmów o literaturze,) w zasypywaniu podziałów. I to nie literatury społecznie zaangażowanej, a raczej tej “eskapistycznej” – bo może to właśnie ona odwołuje się do wspólnego ludzkiego doświadczenia, do tej jego części, która nie została jeszcze włączona w żadną polityczną narrację? Aczkolwiek może to naiwność, wszak “wszystko jest polityczne”, a nawet czysto rozrywkowa literatura przemyca, często nawet bez świadomej decyzji autora, koncepcje, o które można się kłócić z poziomu politycznego.

W obu numerach znalazły się też opowiadania, w których zmiany klimatu są co prawda gdzieś tam wspomniane, ale raczej mimochodem i nie mają większego wpływu na fabułę. Dobrze, że pojawiają się też i takie teksty. Jako rzecze Sarena Ullibari, każde bliskozasięgowe SF które nie uwzględnia zmian klimatu to fantasy. Więc nawet jeśli chcemy eksplorować któryś ze standardowych motywów SF, jak chociażby kontakt z Obcymi czy problem człowieczeństwa sztucznych inteligencji, dla uprawdopodobnienia świata przedstawionego wypada gdzieś tam o klimacie wspomnieć.

Mówię tu o Algorytmie życia Marty Sobieckiej – post-covidowym cyberpunku, w którym pandemia utrzymująca się przez lata prowadzi do trwałych, negatywnych zmian w społeczeństwie, jeśli chodzi np. o bezrobocie i stosunek do osób bezdomnych, a coraz silniejsze tajfuny (rzecz dzieje się w Japonii) oczywiście nie pomagają. Oraz o Naszym celem jest nie umrzeć, którego autorem jest Merc Fenn Wolfmoor. Opowiadanie przedstawia wizję nieco podobną do odcinka “Nosedive” Black Mirror, z tym że sieci społecznościowe zostały przejęte przez konserwatywne dystopijne państwo. Ranking w social mediach mierzy więc de facto nie popularność, a zbieżność z modelem Idealnego Obywatela – Patrioty (do którego nie pasuje oczywiście bycie LGBT, a także dostrzeganie zmian klimatu). A potem wchodzą sztuczne inteligencje prowadzące rewolucję na zasadach NVDA.

Dodam, że oba wspomniane opowiadania z numeru listopadowego pochodzą z antologii “A People's Future of United States”, będącej reakcją na prezydenturę Trumpa, nie dziwi więc, że są mocno polityczne.

A proza z aktualnego numeru NF jeszcze przede mną.

Flaga solarpunka, StarwallOfRadical.town via wikimedia commons

(Flaga solarpunka, StarwallOfRadical.town via wikimedia commons)

Chciałem ostatnio na wewnętrznym forum Extinction Rebellion Polska zacząć wątek na temat fantastyki ekologicznej, klimatycznej oraz solarpunka. Miałem napisać o tych gatunkach kilka zdań, zaczynając od tego ostatniego, ale te kilka zdań rozrosło się na tyle, że uznałem, że jest to materiał na osobną notkę (chcę zresztą kiedyś napisać artykuł na ten temat np. do NF albo Zielonych Wiadomości). Zatem: solarpunk – cóż to za zwierz? To nowy (istniejący nie więcej niż kilkanaście lat), “optymistyczyny” gatunek fantastyki (głównie SF, ale fantasy chyba też ujdzie), zorientowany na kwestie ekologiczne i społeczne. “Optymistyczny” w cudzysłowie, bo opisuje on wizje przyszłości, w których ludzkość robi coś z kryzysem klimatycznym lub jego skutkami – co może oznaczać zarówno ekologiczną utopię, jak i postapo. Ale nawet jeśli pojawia się apokalipsa, to najgorszego udaje się uniknąć. Może udało się nam trochę złagodzić globalne ocieplenie i realizuje się scenariusz trochę-lepszy-niż-najgorszy. Może i w tym ponieśliśmy porażkę, ale wciąż staramy się przetrwać, nie poddając się przy tym najgorszym instynktom jak w Mad Maxie. I niewykluczone, że snujemy przy tym długofalowe plany odbudowy cywilizacji. Uratowanie świata nie uda się bez technologii. Solarpunkowcy/solarpunki nie są anarchoprymitywistami, nie chcą odrzucić cywilizacji jako takiej ani jej wytworów. Nie uważają, że są one z definicji szkodliwe, przeciwnie, starają się znaleźć takie scenariusze przyszłości, w których rozwijają się one w harmonii z przyrodą. W tym kontekście pojawiają się m.in. odnawialne źródła energii (czasem w fikuśnej formie typu parasol, który odzyskuje energię uderzających w niego kropel deszczu) niskoemisyjny transport (sterowce!), oraz biotechnologia (zamiast protestować przeciwko GMO, solarpunkowcy woleliby sami wyhodować bakterie usuwające plamy ropy, czy wręcz przekształcić się w postludzi czepiących energię bezpośrednio z fotosyntezy). Technologia jest ważna, ale sama nie wystarczy. Zdaniem solarpunkowców, nie jest ona “zmienną niezależną cywilizacji” jak chciałby Lem, ale rozwija się w pewnym otoczeniu społecznym, które warunkuje to, które rozwiązania chcemy rozwijać i do czego ich użyć. Problemu zmian klimatu nie rozwiążemy więc, nie dotykając kwestii społecznych. Optymizm solarpunka jest warunkowy: ludzkość ma jeszcze szansę, ale tylko jeśli podejmie odpowiednie działania (według Rebekki Solnit byłaby to więc bardziej “nadzieja” niż “optymizm”). Stąd też “punk” jest tu czymś więcej niż generycznym przyrostkiem jak w sandalpunku, clockpunku, atompunku itd. – to faktyczny bunt, czasem wprost odwołujący się do tradycji obywatelskiego nieposłuszeństwa. Dlatego solarpunk kładzie również nacisk na oddolne organizowanie się, odwołując się do idei lewicowych (ale raczej tych preferujących decentralizację i autonomię niż centralne sterowanie) czy nawet anarchistycznych. Zdaje sobie sprawę, że nawet największy geniusz nie uratuje świata w pojedynkę. Nie skupia się też na charyzmatycznych przywódcach, akcent jest przeniesiony na grupę. W cenie jest współpraca, empatia, przyjaźń. Ale nie oznacza to, że jednostka ma się roztopić w kolektywie. Autorzy solarpunka doceniają kreatywność, za ideał uważają cywilizację zorganizowaną w taki sposób, aby jednostki mogły uwolnić swój twórczy potencjał. Marzą im się wspólnoty egalitarne i inkluzywne, otwarte na różne perspektywy, szczególnie te wykluczone. Chcieliby pisać z perspektywy różnych płci, orientacji seksualnych, religii, uwzględniając głosy ludności rdzennej (co jest szczególnie ważne dla USA i Kanady, gdzie powstała spora część solarpunka), osób niepełnosprawnych czy nieneurotypowych (chociaż tak po prawdzie to eksploracji komponentu religijnego zbyt wiele nie uświadczyłem – nie tylko w odniesieniu do chrześcijaństwa). Nawet jeśli nie powstrzymamy zmian klimatu, to na najbliższe społeczne otoczenie pewnie wciąż będziemy mieli jakiś wpływ. Dlatego solarpunk zawsze w jest jakimś stopniu wyobrażaniem sobie świata, w jakim autorzy chcieliby żyć – nawet w post-apokaliptycznym świecie wspólnotę można zorganizować w sposób lepszy lub gorszy. Płaszczyzna technologiczna przecina się ze społeczną na różne sposoby. Czasem ta pierwsza wpływa na tą drugą: na przykład, pewne rozwiązania, w tym “solar”, faworyzują decentralizację. Ale jest też drugi kierunek. Na przykład: do kogo należy technologia i kto ją rozwija? To może decydować o tym, czy będzie ona miała pozytywny, czy negatywny wpływ na środowisko i społeczeństwo. Jeśli kojarzycie Nakręcaną Dziewczynę Bacigalupiego, to tam problem z uprawami GMO wynikał nie z esencjalnej szkodliwości tego rozwiązania, a z perfidnego modelu biznesowego biotechnologicznych korporacji. Solarpunkowcy woleliby uniknąć takich sytuacji. Chcą, żeby technologia należała do ludzi – co oznacza m.in. renesans rzemieślnictwa oraz prawo do naprawy. Tutaj – świadomie lub nie – blisko im do ruchu hakerskiego i makerskiego. Ale także do wynalazczości w stylu jugaad, frugal innovation czy Appropriate Technology (zresztą wg. Republic of the Bees (link poniżej) solarpunk ma być “wymieszaniem starego z nowym”, więc jest w nim miejsce i dla high-tech i dla low-tech). Adam Flynn w swoim manifeście (link poniżej) pisał o “infrastrukturze jako formie oporu”. “Punk” w solarpunku to nie tylko krzyk sprzeciwu, ale i praca, konstruowanie, tworzenie. A skoro rzemiosło, to urządzenia powinny być i funkcjonalne, i estetyczne. Technologia i sztuka mogą współdziałać. Czemu panele słoneczne nie miałyby być zdobione jak witraże? Solarpunk ma zresztą swoją estetykę, opartą m.in. na organicznych motywach sztuki secesyjnej, czy filmach Hayao Miyazakiego, czerpiącą też z afrofuturyzmu i innych elementów spoza kręgu kulturowego. Osobiście, bardzo mi się podoba solarpunkowe podejście zarówno do technologii, jak i kwestii społecznych. Zastanawiam się jednak, czy mimo wszystko nie kryje się w nim pewna pułapka – zwłaszcza jeśli nasza utopia ma przybrać postać małych, luźno powiązanych, z grubsza samowystarczalnych wspólnot. Rozwiązania techniczne wymagające wielkich projektów wydają się być niekompatybilne z tak rozumianą decentralizacją. Być może dlatego niewiele solarpunkowych tekstów wspomina o energetyce jądrowej (znam dosłownie jeden, i to i tak z pogranicza gatunku; a tak po prawdzie, to o fuzji jądrowej też znam jeden). Aczkolwiek nie wszyscy by się z moją wątpliwością zgodzili. W Walkaway Doctorowa anarchiści są w stanie zbudować akcelerator cząstek, reaktor jądrowy powinien więc być do ogarnięcia. Nie jest zresztą tak, że każde solarpunkowe opowiadanie dzieje się w samowystarczalnej ekowiosce, w której wszyscy porozumiewają się cytatami z Bakunina. Są też takie, które dzieją się w miastach. Znam jedno, które mówi o zjednoczonym światowym rządzie, a także wiele innych, w których kwestia organizacji globalnego porządku nie została w ogóle poruszona. Elementy wspomniane w niniejszym tekście pojawiają się w różnych proporcjach i różnych stężeniach. Niektórzy autorzy eksponują komponent technologiczny, inni społeczny. Jedni odwołują się do konkretnych idei politycznych, inni wolą po prostu pisać o wartości wspólnoty i współpracy. Wreszcie, część opisuje konkretne detale swoich utopii, inni mimochodem dają do zrozumienia, że ludzkość uporała się z pewnymi problemami, ale nie zdradzają, jak. Pisałem do tej pory o literaturze, ale solarpunk nie kończy się na wyobrażaniu sobie lepszego świata. Chodzi o to, żeby te wizje wprowadzać w życie. W tym roku chcieliśmy pojechać z XR na Pyrkon (co nie wyszło z przyczyn oczywistych). Przygotowując koncepcję stoiska, guglałem przykłady solarpunkowych cosplayów. Okazało się że owszem, takowe istnieją, ale są zdecydowanie mniej powszechne niż steampunkowe. Może to kwestia samej popularności gatunku, a może czegoś więcej – natknąłem się na stwierdzenie, że zamiast tworzyć makietę nieistniejącego urządzenia do cosplayu, solarpunkowcy wolą zrobić coś, co naprawdę działa. Co niekoniecznie oznacza, że wkrótce wokół zaroi się od inicjatyw z solarpunkiem w nazwie. Owszem, jego fani się organizują, chyba póki co głównie w internecie (czego najbardziej jaskrawym przykładem może być kolektyw Sunbeam City). Ale działanie na rzecz poprawiania świata odbywa się też poza tymi strukturami. Idee solarpunka są zbieżne z wieloma innymi ruchami, nurtami, propozycjami, często istniejącymi dłużej, niż on sam. Jego sympatycy angażują się więc między innymi w aktywizm klimatyczny (dodatkowe bonusy, jeśli w niehierarchicznej organizacji), permakulturę, czy wspomniany ruch hakerski. Tym niemniej, na to, aż solarpunk zacznie być rozpoznawalny w Polsce – zarówno jeśli chodzi o literaturę, jak i prawdziwe życie – musimy chyba jeszcze poczekać. Albo, co byłoby bardziej w duchu tego nurtu – zakasać rękawy i samemu zacząć działać.

Poniżej zestaw propozycji zarówno jeśli chodzi o solarpunkową prozę, teksty o solarpunku i wszystko, co wydało mi się z tym gatunkiem powiązane. Są to też w pewnym sensie notatki dla mnie, uwzględniające plany czytelnicze na przyszłość, dlatego jeśli chodzi o książki, wrzucam zarówno te, które przeczytałem (symbol [+]) jak i te, których nie przeczytałem, ale zamierzam, albo są w jakiś sposób ważne dla gatunku (symbol [–]). Oczywiście, komentował będę przede wszystkim te pierwsze.

Manifesty i próby definicji

W przedmowie do pewnej solarpunkowej antologii jest mowa o tym, że “więcej napisano o solarpunku niż samego solarpunka”. Jest tak między innymi dlatego, że w przeciwieństwie np. do cyberpunka, który zaczął się od jednego konkretnego utworu (Neuromancera), tutaj, zanim jeszcze napisano pierwsze opowiadania, istniały już pomysły na to, jak gatunek ma wyglądać. Dlatego przyjrzyjmy się najpierw temu, co solarpunkowcy chcieliby napisać.

  • From Steampunk to Solaprunk – post na blogu Republic of the Bees. Prawdopodobnie pierwsze miejsce, gdzie pojawia się nazwa “solarpunk” i wizja odpowiadającego jej gatunku literackiego. Skupia się bardziej na wymiarze technologicznym niż społecznym, ale zauważa, że w temacie klimatu od polityki uciec nie sposób.
  • Solarpunk – notatki do manifestu Adama Flynna, opublikowany pierwotnie na blogu Projektu Hieroglyph, o którym jeszcze będzie za chwilę. Przetłumaczony przez solarpunkowego hakera Pawła “alxd” Ngei, który również jeszcze się pojawi w tym zestawieniu.
  • Manifest solarpunka.
  • Solarpunk Cities: Notes for a Manifesto autorstwa włoskiego artystycznego kolektywu Commando Jugendstil.

Prekursorzy

  • Republic of the Bees jako inspirację dla solarpunka wskazało Songs From The Stars Normana Spinrada z 1980 roku – “Jest to mało znacząca powieść science-fiction, tym niemniej jest zbudowana wokół idei technologicznie wyrafinowanego społeczeństwa, które ogranicza się do czterech form odnawialnej energii – mięśni, słońca, wiatru i wody”. [–]
  • Ecotopia Ernsta Callenbacha (1975). [–]
  • Wydziedziczeni Ursuli Le Guin (1974). Połowa akcji książki dzieje się na Anarres, planecie zamieszkanej przez anarchistów (a konkretnie potomków rewolucjonistów, którzy uciekli niegdyś z bliźniaczej planety Urras, na której rozgrywa się druga połowa akcji). Tworzą oni w pełni funkcjonalne społeczeństwo pozbawione pieniędzy czy rządu, nawiązujące do idei Murraya Bookchina. Jest ono zarazem bardzo oszczędne jeśli chodzi o zasoby (trochę z konieczności – planeta ma ich niewiele), a swój system energetyczny opiera na źródłach odnawialnych (być może dlatego, że nie ma innych – węgiel czy ropa niekoniecznie były stanie się wytworzyć na planecie o bardzo ubogiej roślinności, praktycznie pozbawionej zwierząt lądowych). Nie jest to społeczeństwo idealne. Między innymi dlatego napisałem “pozbawione rządu” a nie “pozbawione władzy” – wciąż istnieją w nim kliki i nieformalne hierarchie. Musi się też mierzyć z zagrożeniami z zewnątrz (takimi jak susza i wywołany przez nią głód). Tym niemniej pod pewnymi względami (równość, dużo mniejszy stopień przymusu, efektywne korzystanie z zasobów) jest ono bliżej utopii niż to, w którym żyjemy – przynajmniej jeśli chodzi o moje wyobrażenie idealnego społeczeństwa. Aczkolwiek autorka zastosowała ciekawy chwyt – dla głównego bohatera ono zdecydowanie utopią nie jest, próbuje onznaleźć/stworzyć coś lepszego. Takie są zazwyczaj solarpunkowe utopie – niepełne, nie rozwiązujące wszystkich możliwych problemów, pozostawiające miejsce na dalsze poprawki. Nie tyle światy najlepsze, ale po prostu lepsze. [+]
  • Pacific Edge Kima Stanleya Robinsona (1990). [–]
  • Osobiście mogę się doszukać wątków proto-solarpunkowych u Johna Brunnera. Projekt Amerykańska Apokalipsa z Na fali szoku (1975) jest eko-utopią (choć “eko” nie jest zbyt istotne ani dla fabuły, ani dla przesłania powieści). Natomiast ruch trainistów ze Ślepego stada (1972) to masowy bunt przeciw degradacji środowiska (Brunner nie pisał o klimacie), ale także próba stworzenia dla niej alternatywy – trainistowskie “waty” były czymś w stylu ekologicznych komun czy ekowiosek. Co ciekawe, w obu książkach kluczową rolę dla buntu/utopii odgrywają naukowcy. [+]
  • Myślę, że Fremeni z Diuny ze swoim rozpisanym na stulecia planem zazielenienia pustynnej planety również mogli być inspiracją dla solarpunka. [+]

Zagraniczne zbiory opowiadań

W tej chwili solarpunk stoi przede wszystkim opowiadaniami. Po angielsku ukazało się kilka antologii.

  • Solarpunk: Ecological and Fantastical Stories in a Sustainable World, red. Gerson Lodi-Riberio. Pierwsza antologia solarpunka na świecie, wydana oryginalnie w 2014 roku w Brazylii. Charakterystyczne motywy gatunku nie do końca zdążyły się tu jeszcze rozwinąć. Są dosłownie dwa utopijne teksty. Jeden to alternatywna historia, w której pod koniec lat dwudziestych XX wieku ludzkość jest zjednoczona (a w światowym rządzie zasiada m.in. Róża Luksemburg), Werner Heisenberg konstruuje reaktor fuzyjny, a terroryści (w tym Hitler) próbują go wysadzić. W drugim mamy fotosyntetyzujących postludzi. Więcej jest tekstów ponurych czy wręcz dystopijnych – okazuje się, że złowieszcze cyberpunkowe korporacje nie przestają być złowieszcze i cyberpunkowe tylko dlatego, że są zasilane energią odnawialną. [+]
  • Hieroglyph: Stories and Visions for Better Future, red. Ed Finn, Kathryn Crammer. Neal Stephenson (ten od Zamieci i Peanatemy) zauważył w pewnym monencie, że – mimo pozornego przyspieszania rozwoju technologicznego, brakuje nam przełomowych innowacji. Postanowił więc założyć Projekt Hieroglyph, w ramach którego pisarze – konsultując się z naukowcami – mieli zacząć tworzyć śmiałe, optymistyczne wizje przyszłości w duchu Złotej Ery SF, mające inspirować uczonych i inżynierów do szukania rozwiązań trapiących ludzkość problemów. Jego efektem jest ta antologia. Nie wszystkie umieszczone w niej teksty dotyczą ekologii czy klimatu, nie wszystkie są też pisane z perspektywy lewicowej (w jednym głównym bohaterem jest przedsiębiorca, który dorobił się na górnictwie kosmicznym, a na koniec ucieka przed podatkami do innego układu gwiezdnego). Ale kilka spokojnie mieści się w ramach solarpunka, a parę innych, mimo braku wątków ekologicznych, realizuje solarpunkowe podejście do technologii. Zaletą są też znane nazwiska, w tym sensie, że po Stephensonie, Sterlingu czy Doctorowie można spodziewać się dobrej literatury, więc osoby niezdecydowane prędzej sięgną po Hieroglyph niż po brazylijską antologię pisaną przez autorów nieznanych w anglosaskim kręgu kulturowym. [+]
  • Ecopunk! – speculative tales of radical futures, red. Liz Grzyb, Cat Sparks. [–]
  • Wings of Renewal: A Solarpunk Dragon Anthology, red. Claudie Arsenault. [–]
  • Glass and Gardens: Solarpunk Summers [–] i Solarpunk Winters [+], red. Sarena Ullibari. Nie wiem, jak pierwsza część, ale druga jest bardzo różnorodna. Widać, jak wiele można z solarpunka “wycisnąć” (pewnie dlatego, że to jedna z naświeższych pozycji na tej liście). Od postapo dziejącego się w grupce ocalałych, mimo wszystko funkcjonującej na egalitarnych zasadach, przez odbijające promienie słoneczne kopuły, umożliwiające zachowanie śniegu i szczątków północno-kanadyjskich ekosystemów w za ciepłym klimacie, do żywych miast-roślin czy zimowego festiwalu a la “Burning Man” dziejącego się w tymczasowo skonstruowanym lodowym mieście na środku Oceanu Arktycznego.
  • Sunvault: Stories of Solarpunk and Eco-Speculation, red. Phoebe Wagner, Brontë Christopher Wieland. [–]
  • The Weight of Light: A Collection of Solar Futures, red. Joey Eschrich, Clark A. Miller. Darmowa antologia powstała w ramach Center for Science and Imagination na Uniwersytecie Stanowym w Arizonie. Jest to inicjatywa podobna do projektu Hieroglyph (zresztą powiązana z nim), podobnie jak on starająca się budować współpracę między naukowcami a pisarzami SF i wykorzystać fantastykę, aby odpowiedzieć na wyzwania przyszłości. Wydali już całkiem sporo antologii, nie tylko “klimatycznych”, z których część jest darmowa. W tym wypadku mamy do czynienia z czterema tekstami, które mają systematycznie zmapować różne warianty rozwoju energetyki słonecznej (wszystkie możliwe kombinacje: duże/małe instalacje w mieście / poza miastem), zarówno jeśli chodzi o potencjalne problemy związane z nią, jak i ich rozwiązania. [+]
  • Radical Ocean Futures – projekt podobny do The Weight of Light, z tym, że rozważający cztery różne scenariusze przyszłości oceanów. Dwa pozytywne i dwa negatywne. Aczkolwiek nie jest to “pełnoprawna” literatura, a fabularyzowana futurologia. Teksty są krótkie i mają na celu jedynie przedstawienie pewnych pomysłów czy prognoz. Nie spodziewajcie się więc wciągających fabuł, przewrotnych puent czy pełnokrwistych bohaterów. Za to ilustracje wykonał Simon Stalenhag (ten od Tales from the Loop). [+]
  • Biketopia: Feminist Bicycle Science Fiction Stories in Extreme Futures, red. Elly Blue. [–]
  • Defying Doomsday, red. Tsana Dolichva i Holly Kench, Rebuilding Tomorrow, red. Tsana Dolichva – antologie postapo pisanego z perspektywy niepełnosprawnych bohaterów. [–]
  • And Lately, The Sun, red. Calyx Create Group. [–]

Powieści:

  • Walkaway Cory’ego Doctorowa. Nadeszła era post-niedoboru (post-scarcity). Automatyzacja powinna uczynić życie łatwiejszym, znieść biedę, uczynić pracę niepotrzebną – ale tak się nie stało. Aby utrzymać relacje władzy, dzięki którym znajdują się “na szczycie”, możni tego świata decydują się sztucznie utrzymywać niedobór. Fabryki mogłyby działać dzień i noc, produkując towary, które można by sprzedawać dosłownie za bezcen. Ale ich właścicielom się to nie opłaca, więc większość czasu stoją nieużywane. Do tego dochodzi prywatyzacja wszystkiego, łącznie z policją i więzieniami, plus permanentna inwigilacja. Ale jeśli komuś się ten system nie podoba, rzuca wszystko, bierze pod pachę swoją drukarkę 3D i jedzie na środek pustkowia budować społeczeństwo od nowa. Anarchistycznie, na zasadach pełnej dobrowolności (tu znowu wchodzi Murray Bookchin ze swoim Post-scarcity anarchism). Książka jest jednocześnie utopią (anarchiści-hakerzy) i dystopią (turbokapitalistyczny “świat domyślny”). Wątki dystopijne zapewniają odpowiedni poziom napięcia, budują konflikt napędzający fabułę i stanowią tło, na którym wątki utopijne wybijają się jeszcze bardziej – ale to właśnie te ostatnie są tu najciekawsze. O ile w wymienionych wcześniej pozycjach (poza Wydziedziczonymi, no i może Hieroglyph) niewiele mówi się o tym jak utopia ma działać (pewnie także dlatego, że nie zawsze da się to zawrzeć w opowiadaniu), tutaj autor przedstawia szczegóły. Wliczając w to oprogramowanie używane do podejmowania decyzji czy organizacji pracy. Choć idea eko-utopii, która nie jest samoograniczeniem, a szansą na nieograniczony rozwój człowieka i cywilizacji, jest bliska solarpunkowi w ogóle, to trudno o bardziej dobitny przykład: jak wspominałem, u Doctorowa anarchiści zabierają się za budowanie akceleratora cząstek, udaje im się też np. wykorzystać skażone chemicznie tereny do testowania skafandrów kosmicznych. Walkaway pokazuje również, jak ważne jest, aby władza nad technologią została odzyskana przez zwykłych ludzi – w powieści naukowcy-anarchiści ścigają się z bogaczami, kto szybciej osiągnie upload świadomości do komputera. To w zasadzie kwestia władzy nad światem, bo jak się kończy nieśmiertelność w rękach wąskiej elity widzieliśmy chociażby w Modyfikowanym Węglu. Mała uwaga: nie wszyscy uznają książkę Doctorowa za solarpunk, niektórzy klasyfikują ją jako post-cyberpunk. Tak naprawdę, choć wiadomo, że anarchiści żyją tam bardzo ekologicznie, w zasadzie niewiele mówi o tym wprost (co nie znaczy, że wcale: bohaterowie odzyskują ogniwa paliwowe z wraku samolotu, latają sterowcem, budują sobie rowery w taki sposób, żeby były jak najlżejsze i zużyć jak najmniej surowców, i tak dalej, pojawia się nawet dyskusja o tym, czy upload umysłów całej cywilizacji do komputerów pozwoliłby na masowy rewilding). Powieść skupia się raczej na ekonomii i organizacji społeczeństwa. Jednak moim zdaniem, spośród książek, które przeczytałem, to właśnie Walkaway najpełniej i najbardziej przekonująco realizuje ideały z solarpunkowych manifestów.
  • New York 2140 Kima Stanleya Robinsona. [–]
  • Nie zaszkodzi też rzucić okiem na solarpunkową listę na Goodreads. Jest tam parę powieści które wydają się być stricte solarpunkowe (ale [–]). Ale oprócz tego są prekursorzy i książki które się luźno kojarzą (czytałem dawno temu Nemezis Asimova, i, opierając się na własnych wspomnieniach i stresczeniu z wikipedii raczej bym jej na tej liście nie umieścił), a nawet książki non-fiction. Tak przy okazji: istnieje też szerszy termin, hopepunk, oznaczający literaturę będącą odpowiedzią na wszechobecne dystopijne/grimdarkowe narracje w trochę bardziej ogólnym sensie, niekoniecznie w odniesieniu do klimatu. Być może część z tej listy to właśnie coś w ten deseń.

Czasopisma

  • Solarpunk Press – jest parę wartych uwagi tekstów, jak Le carré rouge Claudie Arseneault czy Out of the Storm Iana O'Reilly’ego, i parę takich które można sobie darować. Poza tym, część (jak wymienione wyżej) jest “twardym solarpunkiem”, gdzie faktycznie chodzi o mierzenie się zarówno z problemami społecznymi, jak i ekologicznymi (jak te wspomniane przed chwilą), a część jest jedynie luźno powiązana z wizjami opisywanymi w solarpunkowych manifestach (w Untethered Andy'ego Crawforda zostało z nich jedynie znaczenie współpracy i społeczności dla przetrwania, natomiast The Daisy Haunt Claudie Arsenault chyba tylko tyle że bohaterki są LGBT, a ta, która jest duchem, ma “roślinne” moce). [+]
  • Optopia Zine. [–]
  • DreamForge. [–]

W Polsce

  • Listopad bez snów Joanny Krystyny Radosz – opowiadanie z darmowej antologii Tęczowe i Fantastyczne. Akcja dzieje się po tym, jak “pokolenie Grety” poradziło sobie ze zmianami klimatu. Niewiele wiadomo o tym, jak, wiadomo tylko, że wymagało to międzynarodowej współpracy (co odbiło się np. na języku). Główna bohaterka należy już do kolejnej generacji, która ma już “normalne” problemy, nie musi ratować świata… A może właśnie musi? Trochę jak u Le Guin: to, co z naszej perspektywy jest ultraoptymistycznym scenariuszem, dla bohaterki jest tylko punktem wyjścia. Bo świat został uratowany, ale wciąż są w nim wykluczeni. [+]
  • Solar City – planszówka, w której budujemy solarpunkowe miasto. [–]
  • Glider Ink. Komiks mający popularyzować ideę hackerspace’ów. Projekt został rozpoczęty przez wspomnianego już Pawła Ngei (i wrzucam go tutaj ze względu na narodowość Pawła, mimo że jest po angielsku), ale jest rozwijany na zasadach open source. W założeniu ma być fikcją, ale nie fantastyką. Z tego, co się orientuję, wątki ekologiczne się nie pojawiają, za to podejście do technologii i kwestii społecznych jest solarpunkowe w duchu (o czym wprost mówi wiki projektu). Niestety, na razie istnieją tylko projekty postaci, zarysy fragmentów postaci i przykładowe plansze. A ostatni wpis na blogu jest z 2017. (ani [+] ani [–], skoro komiks jeszcze nie powstał)

Estetyka

Jak już wspominałem, solarpunk ma swoją estetykę. Wydaje mi się nawet, że grafika w tym stylu zaczęła powstała szybciej niż literatura.

  • Post Miss Olivii Louise z Tumblra, cytowany przez Adama Flynna w Notatkach do manifestu.
  • Solarpunkowa edycja konkursu Atomhawk.
  • Wspomniany włoski kolektyw Commando Jugendstil zajmuje się sztuką wizualną z okolic solarpunka, z której część można zobaczyć na blogu (w sumie to tworzą też literaturę, we współpracy z innym kolektywem Tales from the EV Studio – rezultat można przeczytać m. in. w obu odsłonach Glass and Gardens).
  • Gardens by the Bay w Singapurze często podaje się jako przykład architektury w duchu solarpunka.

Prawdziwe życie

  • Pocztówki z możliwego świata (Cartoline da un Mondo Possibile) autorstwa Commando Jugendstil. Ponieważ opis jest po włosku, nie jestem pewny czy dobrze rozumiem to co mi wypluwa Google Translate. O ile się nie mylę, Pocztówki są (były? miały być?) elementem projektu, który ma stworzyć plany zrównoważonej transformacji Mediolanu na najbliższą dekadę przy współudziale mieszkańców, lokalnych stowarzyszeń, szkół itd. Ma to zostać przedstawione w formie cyfrowej platformy z użyciem geolokalizacji, co pozwoliłoby stworzyć coś w rodzaju mapy Mediolanu przyszłości. Od strony Commando Jugendstil mamy projekty murali, które miałyby być “solarnymi manifestami”, ale jednocześnie wytwarzać energię jako organiczne ogniwa fotowoltaiczne (nie wiem, czy taka technologia już istnieje). Oraz opowiadania (to jedno, które czytałem, faktycznie dzieje się w Mediolanie przyszłości).
  • Solarpunk Action Week – wezwanie do zrobienia czegoś dla planety z solarpunkową motywacją. Mała rzecz, ale jednak świadczy o tym, że solarpunk chce być czymś więcej niż literaturą.

Oprócz tego, jak wspominałem, jest wiele ruchów/nurtów/aktywności, które są w mniejszym lub większym stopniu zbieżne z solarpunkiem.

  • Prezentacja Pawła Ngei z Filozofikonu stanowi bardzo dobre źródło na temat zbieżności między solarpunkiem a ruchem hakerskim. Są przykłady z życia, jak np. hakerzy, którzy uratowali Sierra Leone w czasie epidemii Eboli.
  • Skoro już mówimy o hakowaniu, to warto wspomnieć, że jest coś takiego jak Climathon.
  • Urządzenia tworzone przez ruch Appropriate Technology stanowią przykład tego o czym wspominało Republic of the Bees – pomieszania “starego” z “nowym”. Są zaprojektowane w ten sposób, żeby były możliwe do samodzielnego zbudowania i naprawy możliwie bez konieczności używania drogich podzespołów i materiałów. Przydatne, jeśli w naszej postapokaliptycznej wiosce chcielibyśmy mieć jakiś sprzęt medyczny i internet. Dobrym źródłem na ten temat jest Appropedia.
  • Podobne klimaty można znaleźć w Low Tech Magazine.
  • Blog Solarpunk Station ma zestaw linków na temat około-solarpunkowych technologii i rozwiązań społeczno-gospodarczych.
  • Jeszcze więcej znajdziemy na wiki Sunbeam City w dziale “Knowledge Base”.
  • Na temat permakultury chyba nic mądrego nie napiszę, więc wrzucam link do Wikipedii.
  • O wielu z powyższych kwestii można posłuchać np. w prezentacji Petrosa (TePeWu) Klimatyczny koniec cywilizacji i co z nim zrobić. Inżynierowie dla Rebelli dla Extinction Rebelllion Opole. Inżynieria rozumiana jest tutaj bardzo szeroko – łapie się i wodór z OZE, i kręgi empatii. Zresztą, w prezentacji chodzi także o pokazanie pewnego “inżynierskiego” czyli systemowego podejścia do kwestii końca świata. A podejście to, i wnioski z niego, wpisują się w solarpunkowe rozważania (sam solarpunk też się pojawia na jeden slajd). Trigger warning: zguglałem wspomniany przez niego skrót LENR i okazało się, że chodzi o zimną fuzję. Tak więc w pewnym momencie odpływa w pseudonaukę, tym niemniej poza tym reszta wydaje się sensowna przynajmniej jako punkt wyjścia dla literatury SF (co nie znaczy, że nie mam pewnych wątpliwości).
  • Prezentacja Jaya Springletta z zeszłorocznego Unsoundu również podrzuca parę pomysłów.

Społeczność

Więcej o solarpunku